Bardzo dużo piszę – robię ręczne notatki w czytelni, wystukuję na
klawiaturze prywatne wiadomościach do kilku osób, a ponadto tworzę (jakimś
cudem) pracę magisterką. Brakuje mi trochę czasu: na sen, na książki, na
dokończenie „Peppermint candy” (soundtrack chodzi za mną już dwa!
miesiące), na przetrwanie zimy w kurtce z kapturem, której jeszcze nie
posiadam i może nastanie wiosna, zanim uda mi się zmienić obecny stan
rzeczy. Trochę kombinuję i mam niewielkie plany na najbliższą
przyszłość. Przypadkowo, jak na większość rzeczy w internecie,
natrafiłam na „Kwartalnik Literacki”, wydanie z lat dziewięćdziesiątych,
elegancko zeskanowane i umieszczone na cyfrowej stronie bydgoskiej
biblioteki, a w nim fragment „Al Fine” Grzegorza Musiała. Calutkie
siedem stron. Chciałabym nabyć książkę, ale nie mam pojęcia gdzie.
(Allegro.pl odpada. Nie dość, że nie mam konta, to oferty są sprzed 3
latach i właściwie nie wiem, jaka jest pewność, że nadal są aktualne i
że faktycznie dostałabym książkę.) Jeśli chodzi o moje małe relacje na
linii ja – reszta świata, idzie mi podejrzenie dobrze. Myślę, że
niektórzy spojrzeliby na to z powątpiewaniem, ale moja pewność, że
nastały zmiany, trwa nie do dziś i to wystarcza jako argument. Chyba,
że ktoś uzna iż nastał czas urojonego spokoju. Trudniej wychodzi mi
zagłębianie się w swoje wnętrze, stąd też rzadsze notki, bo właściwie
nie ma w co się bardzo zagłębiać, co nie znaczy, że moje wnętrze stało
się pustką. (Wręcz przeciwnie, ostatni tydzień przyniósł kilka
zaskakujących i dobrych momentów.) Jest po prostu odnowione, schludne i
czyściutkie. Wiem, wiem, o takie rzeczy należy dbać, staram się.
Odnajduję spokój w prostych chwilach i słowach; w świeżym, lekkim
oddechu; w czynionym znaku krzyża. Chyba wykorzystam kilka znaczków
pocztowych, które mam na składzie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. Leżą i
leżą, już ponad pół roku. Po prostu wyślę w świat kilka słów. Jeszcze
nie zdecydowałam, w którą stronę. Mam nakreślonych parę kierunków i
zdań, ale nie wiem, co ostatecznie z tego wyjdzie. następny wpis będzie
prawdopodobnie na zakończenie tego roku, wiecie, z podsumowaniem. Chyba,
że wydarzy się coś wartego opisanie, a tak, obowiązki studenta wyzywają
i łóżko także – w końcu wypadałoby się wyspać. Powiem jeszcze tylko, że
to niezwykła ironia losu, iż w tym roku Sylwester z Polsatem odbędzie
się w Gdyni. W GDYNI(!). Nie będę poruszać tego wątku, bo to historia z
cyklu „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, długa i pokręcona,
ale jeśli cuda się zdarzają, to 1/2 Gdyni do mnie przyjedzie w nowym
roku, a ja to przeżyję, więcej, będę ciszyć się jak głupia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz