10.12.2013

799.

Bardzo dużo piszę – robię ręczne notatki w czytelni, wystukuję na klawiaturze prywatne wiadomościach do kilku osób, a ponadto tworzę (jakimś cudem) pracę magisterką. Brakuje mi trochę czasu: na sen, na książki, na dokończenie „Peppermint candy” (soundtrack chodzi za mną już dwa! miesiące), na przetrwanie zimy w kurtce z kapturem, której jeszcze nie posiadam i może nastanie wiosna, zanim uda mi się zmienić obecny stan rzeczy. Trochę kombinuję i mam niewielkie plany na najbliższą przyszłość. Przypadkowo, jak na większość rzeczy w internecie, natrafiłam na „Kwartalnik Literacki”, wydanie z lat dziewięćdziesiątych, elegancko zeskanowane i umieszczone na cyfrowej stronie bydgoskiej biblioteki, a w nim fragment „Al Fine” Grzegorza Musiała. Calutkie siedem stron. Chciałabym nabyć książkę, ale nie mam pojęcia gdzie. (Allegro.pl odpada. Nie dość, że nie mam konta, to oferty są sprzed 3 latach i właściwie nie wiem, jaka jest pewność, że nadal są aktualne i że faktycznie dostałabym książkę.) Jeśli chodzi o moje małe relacje na linii ja – reszta świata, idzie mi podejrzenie dobrze. Myślę, że niektórzy spojrzeliby na to z powątpiewaniem, ale moja pewność, że nastały zmiany, trwa nie do dziś i to wystarcza jako argument. Chyba, że ktoś uzna iż nastał czas urojonego spokoju. Trudniej wychodzi mi zagłębianie się w swoje wnętrze, stąd też rzadsze notki, bo właściwie nie ma w co się bardzo zagłębiać, co nie znaczy, że moje wnętrze stało się pustką. (Wręcz przeciwnie, ostatni tydzień przyniósł kilka zaskakujących i dobrych momentów.) Jest po prostu odnowione, schludne i czyściutkie. Wiem, wiem, o takie rzeczy należy dbać, staram się. Odnajduję spokój w prostych chwilach i słowach; w świeżym, lekkim oddechu; w czynionym znaku krzyża. Chyba wykorzystam kilka znaczków pocztowych, które mam na składzie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. Leżą i leżą, już ponad pół roku. Po prostu wyślę w świat kilka słów. Jeszcze nie zdecydowałam, w którą stronę. Mam nakreślonych parę kierunków i zdań, ale nie wiem, co ostatecznie z tego wyjdzie. następny wpis będzie prawdopodobnie na zakończenie tego roku, wiecie, z podsumowaniem. Chyba, że wydarzy się coś wartego opisanie, a tak, obowiązki studenta wyzywają i łóżko także – w końcu wypadałoby się wyspać. Powiem jeszcze tylko, że to niezwykła ironia losu, iż w tym roku Sylwester z Polsatem odbędzie się w Gdyni. W GDYNI(!). Nie będę poruszać tego wątku, bo to historia z cyklu „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, długa i pokręcona, ale jeśli cuda się zdarzają, to 1/2 Gdyni do mnie przyjedzie w nowym roku, a ja to przeżyję, więcej, będę ciszyć się jak głupia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz