3.03.2014

807. Och, Leonardo.

If Leo can survive the Oscars every year, you can survive anything.

Nie potrafię nazwać uczucia, które towarzyszy mi, gdy czytam to zdanie. Zwykły, banalny powiew smutku to zbyt mało, by zjednoczyć się z pełnią tych słów. Też mogę przetrwać wszystko, bo wszystko się dzieje, a ja trwam, bo nie potrafię narzuć pętli na szyję. Wiesz Leo, nominacja za pierwszoplanową rolę jest cudowna. Nawet, jeśli nikt nie przypieczętowuje najlepszego zagrania statuetką, to film nadal jest, istnieje, a w nim ty, grający pierwsze skrzypce, podczas gdy mi zawsze przypada drugorzędna rola. Niezależnie jak bardzo się staram, przyćmiewa mnie blask osobowości, których towarzystwa się pragnie. Och Leo, chciałam nie istnieć w pewnych życiach, ale czemu za karę straciłam wszystkich. Wszystko albo nic – czemu tak okrutnie. Otwieram drzwi, widzę piękny strój, idealny makijaż, uśmiech i przejęcie na twarzy. Dopiero wstałam, może 15 minut temu, podczas gdy osoba przybyła od rana czeka na gościa. Może nawet nie spała w nocy, a wczoraj na pewno spędziła pół dnia w kuchni. Wręczam świeczki, które wsadzi w pyszny tort przygotowany dla jej gościa. Jak dobrze, że odebrałam telefon, okazując się ostatnim kołem ratunkowym, na jakie można było liczyć w tej sytuacji. Uśmiecham się, zamykam drzwi i wiem, że nie jestem nikim więcej niż scenografem cudzych żyć. Dostarczam rekwizyty, które sprawią, że film będzie działał lepiej. Nie wiem Leo, ile razy jeszcze będziesz próbował, w ilu filmach zagrasz, ile razy pozwolisz odebrać sobie nadzieję, ile razy pęknie ci serce, że nikt nie docenia tego, co robisz. Mi, Leo, zabrakło już sił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz