Pomysł na wpis zrodził się już kilka
miesięcy temu. W przerwach między płaczem, jedzeniem i spaniem miałam
czytać, oglądać i pisać. Oczywiście moja sytuacja dla świata wyglądała
mniej tragicznie, więc byłam w stanie uwierzyć, że rozsądny świat ma
rację, dlatego mniej płakałam, mniej jadłam i mniej spałam. Pracowałam w
pocie czoła i wypatrywałam upragnionego końca, a tym samym realizacja
wpisu odeszła w niepamięć. Znowu jestem w niewesołym położeniu, ale
dysponuję taką ilością czasu, która pozwala mi na wspomnienie o
książkowo-filmowym świecie, w którym nieustanie krążę. Będzie więc o
ekranizacjach, choć w moim przypadku nie zawsze pierwsza była lektura.
Czasem dopiero po seansie dowiadywałam się o istnieniu podstawy
scenariusza w postaci książki. Bywało też, że stawałam przed dylematem
co pierwsze – książka czy film. Na mojej liście są również obejrzane
produkcje, lecz treść książek nadal pozostaje niepoznana. Brak polskiej
wersji sprawia, że nie ma ich w dostępnych dla mnie bibliotecznych
zbiorach, już nie mówiąc o tym, że rok wydania dodatkowo zmniejsza
szanse ich dostania. Oczywiście na mojej liście są książki, których
treść z chęcią zobaczyłam na ekranach kin, ale obawiam się, a nawet
jestem pewna, że nie dożyję takiej chwili. Jednak nieustannie szukam
nowych książek i ich ekranizacji, więc wszystkich, którzy jakimś cudem
tutaj trafią, zachęcam do dzielenia się w komentarzach tytułami.
Tymczasem moja lista, która jest długa, zbyt długa, choć pocieszające
może być to, że nie zawiera wszystkich książek i ich ekranizacji, jakie
było mi dane do tej pory przerobić. Ostatecznie ten wpis jest bardziej
dla mnie samej, gdybym kiedyś zapomniała jak bardzo kochałam czytać
książki i oglądać filmy i jak znaczą część mojej rzeczywistości
wypełniały, czasem nawet ratując moje życie, co nie jest przesadnym
stwierdzeniem.
1. „Samotny mężczyzna.”
Pierwsza była książka. Na okładce widniał Colin Firth, czyli odtwórca głównej roli w filmie. Książka została napisana w 1964 roku, lecz w Polsce została wydana dopiero w 2010 roku wraz premierą filmu. Warto wspomnieć, że film jest debitem reżyserskim projektanta mody Toma Forda, który osobiście sfinansował pokrył koszty realizacji. Zdjęcia trwały tylko 21 dni. Obowiązkowo należy zaznaczyć, że muzykę napisał polski kompozytor Abel Korzeniowski, zwłaszcza, że porusza ona duszę, przynajmniej moją. Niedługo po tym jak przeczytałam książkę, na TVP Kultura wyemitowali film. Uwielbiam takie miłe niespodzianki. O ile książka mnie nie porwała, film przerósł moje oczekiwania. Przebił literacką wersję tak bardzo, że przedstawiona historia istnieje dla mnie już tylko na ekranie. Byłam zachwycona, jestem zachwycona i będę, bo takich filmów się nie zapomina. Tak oto ekranizacja okazała się lepsza od książki, choć zdarza się to rzadko.
Pierwsza była książka. Na okładce widniał Colin Firth, czyli odtwórca głównej roli w filmie. Książka została napisana w 1964 roku, lecz w Polsce została wydana dopiero w 2010 roku wraz premierą filmu. Warto wspomnieć, że film jest debitem reżyserskim projektanta mody Toma Forda, który osobiście sfinansował pokrył koszty realizacji. Zdjęcia trwały tylko 21 dni. Obowiązkowo należy zaznaczyć, że muzykę napisał polski kompozytor Abel Korzeniowski, zwłaszcza, że porusza ona duszę, przynajmniej moją. Niedługo po tym jak przeczytałam książkę, na TVP Kultura wyemitowali film. Uwielbiam takie miłe niespodzianki. O ile książka mnie nie porwała, film przerósł moje oczekiwania. Przebił literacką wersję tak bardzo, że przedstawiona historia istnieje dla mnie już tylko na ekranie. Byłam zachwycona, jestem zachwycona i będę, bo takich filmów się nie zapomina. Tak oto ekranizacja okazała się lepsza od książki, choć zdarza się to rzadko.
2. „Pocałunek kobiety pająka”
Pamiętam białą okładkę książki, ale nie potrafię sobie przypomnieć, co mogło na niej być. To samo dotyczy treści, która momentami zawierała wyłącznie dialogi bez dodatkowych opisów, co osobiście mi przeszkadzało, albo fragmenty badań na temat homoseksualizmu, które odciągały od głównej treści. W pamięci pozostała mi tylko jedna rozmowa między dwóją głównych bohaterów, którą dodałam do mojego pliku z ulubionymi cytatami. Niedługo po zakończeniu lektury obejrzałam film i tak oto treść książki gdzieś się rozmyła, bo tajemniczy nastrój i świetna gra aktorska całkowicie wciągnęły mnie do filmowego świata. Willam Hurts za rolę Luisa Molina w 1985 roku otrzymał Oskara, zdecydowanie zasłużonego.
Pamiętam białą okładkę książki, ale nie potrafię sobie przypomnieć, co mogło na niej być. To samo dotyczy treści, która momentami zawierała wyłącznie dialogi bez dodatkowych opisów, co osobiście mi przeszkadzało, albo fragmenty badań na temat homoseksualizmu, które odciągały od głównej treści. W pamięci pozostała mi tylko jedna rozmowa między dwóją głównych bohaterów, którą dodałam do mojego pliku z ulubionymi cytatami. Niedługo po zakończeniu lektury obejrzałam film i tak oto treść książki gdzieś się rozmyła, bo tajemniczy nastrój i świetna gra aktorska całkowicie wciągnęły mnie do filmowego świata. Willam Hurts za rolę Luisa Molina w 1985 roku otrzymał Oskara, zdecydowanie zasłużonego.
3. „Złodziejka”
Jak dziś pamiętam jeden z momentów, w którym czytałam książkę. Był to chłodny dzień 2012 roku, siedziałam na jednym z ostatnich w semestrze seminariów pierwszego roku studiów magisterskich, jak zwykle skrycie nieszczęśliwa ze swojego położenia w świecie, lecz bardzo chciałam znać kolejne losy bohaterów książki, więc nie dbając o udawanie zainteresowania, przekręcałam kolejne kartki, choć jednocześnie było mi szkoda każdej przybliżającej do końca strony. Był ich jednak 560, więc nie musiałam się martwić, że jednego dnia zacznę książkę, a drugiego będę musiała rozstać się z opowiedzianą historią. Ekranizacja składa się z dwóch części i według mnie odzwierciedla ducha książki. W tym przypadku obie wersje, papierowa i filmowa, okazały się równie ciekawe.
Jak dziś pamiętam jeden z momentów, w którym czytałam książkę. Był to chłodny dzień 2012 roku, siedziałam na jednym z ostatnich w semestrze seminariów pierwszego roku studiów magisterskich, jak zwykle skrycie nieszczęśliwa ze swojego położenia w świecie, lecz bardzo chciałam znać kolejne losy bohaterów książki, więc nie dbając o udawanie zainteresowania, przekręcałam kolejne kartki, choć jednocześnie było mi szkoda każdej przybliżającej do końca strony. Był ich jednak 560, więc nie musiałam się martwić, że jednego dnia zacznę książkę, a drugiego będę musiała rozstać się z opowiedzianą historią. Ekranizacja składa się z dwóch części i według mnie odzwierciedla ducha książki. W tym przypadku obie wersje, papierowa i filmowa, okazały się równie ciekawe.
4. „Piknik pod Wiszącą Skałą”
O filmie usłyszałam dwa, a może nawet trzy lata wcześniej zanim udało mi się go obejrzeć. Po prostu zapomniałam, że pewna osoba napomknęła o nim podczas przeglądania moich zdjęć na fotoblogu, a gdy pewnego razu zaczęłam usuwać zawartość tej strony, natrafiłam na zakurzony komentarz. Znalazłam film, wypożyczyłam książkę, pierwszy był jednak seans. Zarówno wersja filmowa jak i papierowa okazały się wciągające, choć przecież po obejrzeniu filmu wiedziałam, jakie będzie zakończenie książki. Ale dobrze napisana książka jest dobrze napisaną książką, a akurat styl tej jak najbardziej sprawił, że chętnie po raz drugi prześledziłam tajemniczą historię, która wydarzyła się właśnie na pikniku pod Wiszącą Skałą. Zdecydowanie film jak i książka zyskują szczególne miejsce w mojej pamięci.
O filmie usłyszałam dwa, a może nawet trzy lata wcześniej zanim udało mi się go obejrzeć. Po prostu zapomniałam, że pewna osoba napomknęła o nim podczas przeglądania moich zdjęć na fotoblogu, a gdy pewnego razu zaczęłam usuwać zawartość tej strony, natrafiłam na zakurzony komentarz. Znalazłam film, wypożyczyłam książkę, pierwszy był jednak seans. Zarówno wersja filmowa jak i papierowa okazały się wciągające, choć przecież po obejrzeniu filmu wiedziałam, jakie będzie zakończenie książki. Ale dobrze napisana książka jest dobrze napisaną książką, a akurat styl tej jak najbardziej sprawił, że chętnie po raz drugi prześledziłam tajemniczą historię, która wydarzyła się właśnie na pikniku pod Wiszącą Skałą. Zdecydowanie film jak i książka zyskują szczególne miejsce w mojej pamięci.
5. „Godziny”
Nieustannie pamiętam styl, w jakim została napisana książka, bo nigdy potem nie spotkałam się z podobną konstrukcją fabuły. Z filmu pamiętam przede wszystkim to, jak trudno było mi uwierzyć, że Virginię Woolf zagrała Nicole Kidman – brawa za charakteryzację. Ekranizacja wypadła jednak dużo słabiej niż literacki pierwowzór.
Nieustannie pamiętam styl, w jakim została napisana książka, bo nigdy potem nie spotkałam się z podobną konstrukcją fabuły. Z filmu pamiętam przede wszystkim to, jak trudno było mi uwierzyć, że Virginię Woolf zagrała Nicole Kidman – brawa za charakteryzację. Ekranizacja wypadła jednak dużo słabiej niż literacki pierwowzór.
6. „Hotel New Hampshire”
„Hotel New Hampshire” jest jedyną książką Johna Irvinga, którą byłam w stanie do tej pory przeczytać (po ostatnich próbach zajrzenia do innych podejrzewam, że moja przygoda z twórczością tego pisarza dobiegła końca), co więcej, jest to jedna z moich ulubionych książek, choć przyznaję, walczyłam z pierwszymi kilkudziesięcioma stronami. Niestety film mnie rozczarował. Fani książki ostrzegali, że jest słaby i już miałam go nie oglądać, ale przecież musiałam osobiście przekonać się jaka jest prawda. Cóż, film ma w sobie coś dziecinnego i spłycającego historię rodziny Berry i choć ostatnia scena z Lilly posiada swój urok, całość jest słabiutka. Za to specjalne podziękowania należą się siostrom Quin, dzięki którym dowiedziałam się o istnieniu książki, a potem zakochałam się w jednej z dwóch piosenek napisanych przez Sarę, która powstała w wyniku rozczarowania filmem, a z miłości do książki.
„Hotel New Hampshire” jest jedyną książką Johna Irvinga, którą byłam w stanie do tej pory przeczytać (po ostatnich próbach zajrzenia do innych podejrzewam, że moja przygoda z twórczością tego pisarza dobiegła końca), co więcej, jest to jedna z moich ulubionych książek, choć przyznaję, walczyłam z pierwszymi kilkudziesięcioma stronami. Niestety film mnie rozczarował. Fani książki ostrzegali, że jest słaby i już miałam go nie oglądać, ale przecież musiałam osobiście przekonać się jaka jest prawda. Cóż, film ma w sobie coś dziecinnego i spłycającego historię rodziny Berry i choć ostatnia scena z Lilly posiada swój urok, całość jest słabiutka. Za to specjalne podziękowania należą się siostrom Quin, dzięki którym dowiedziałam się o istnieniu książki, a potem zakochałam się w jednej z dwóch piosenek napisanych przez Sarę, która powstała w wyniku rozczarowania filmem, a z miłości do książki.
7. „Panna Nikt”
Do tej pory próbuję odgadnąć, czemu TVP Kultura emituje ten film co miesiąc, a ja nie potrafię zrozumieć czemu za każdym razem go oglądam. Nie jest to arcydzieło, a jednak coś sprawia, że przyciąga mnie przed ekran telewizora. Książkę chciałam przeczytać od czasów liceum, ale dopiero po około siedmiu latach podjęłam kroki ku realizacji zamiaru. Jak można wywnioskować, film widziałam nie jeden raz przed lekturą, która ostatecznie mnie nie porwała. Nie raz spotkałam się z opinią, że film Wajdy jest słaby w porównaniu z książką i być może tak jest, ale nie jestem w stanie lubić mniej ekranowych postaci, co mogę przypisać jedynie temu, że film zbyt mocno zakorzenił się w mojej głowie i wywarł za pierwszym razem tak duże wrażenie, że stawiam go znacznie ponad książką. Swoją drogą, film zawiera wiele różnic, a już na pewno należy do nich zakończenie. Nie potrafię jednak przyjąć innej wersji tej historii niż przedstawia film. Musi mi pan wybaczyć, panie Tomaszu.
Do tej pory próbuję odgadnąć, czemu TVP Kultura emituje ten film co miesiąc, a ja nie potrafię zrozumieć czemu za każdym razem go oglądam. Nie jest to arcydzieło, a jednak coś sprawia, że przyciąga mnie przed ekran telewizora. Książkę chciałam przeczytać od czasów liceum, ale dopiero po około siedmiu latach podjęłam kroki ku realizacji zamiaru. Jak można wywnioskować, film widziałam nie jeden raz przed lekturą, która ostatecznie mnie nie porwała. Nie raz spotkałam się z opinią, że film Wajdy jest słaby w porównaniu z książką i być może tak jest, ale nie jestem w stanie lubić mniej ekranowych postaci, co mogę przypisać jedynie temu, że film zbyt mocno zakorzenił się w mojej głowie i wywarł za pierwszym razem tak duże wrażenie, że stawiam go znacznie ponad książką. Swoją drogą, film zawiera wiele różnic, a już na pewno należy do nich zakończenie. Nie potrafię jednak przyjąć innej wersji tej historii niż przedstawia film. Musi mi pan wybaczyć, panie Tomaszu.
8. „Nocny Kowboj”
Tytuł po raz pierwszy dane było mi usłyszeć na jednym z wykładów z kultury medialnej (a jeśli nie był to ten wykład, na pewno odbywał się z panią Agnieszką) i wiedziałam, że czeka mnie obowiązkowy seans. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że scenariusz filmu oparty jest na książce o tym samym tytule. Jedna historia, ale opowiedziana na dwa różne sposoby podbiła moje serce unoszącym się niczym mgła smutkiem między postaciami. Nie pisząc więcej po prostu oznajmię, że uwielbiam film i książkę.
Tytuł po raz pierwszy dane było mi usłyszeć na jednym z wykładów z kultury medialnej (a jeśli nie był to ten wykład, na pewno odbywał się z panią Agnieszką) i wiedziałam, że czeka mnie obowiązkowy seans. Dopiero po czasie dowiedziałam się, że scenariusz filmu oparty jest na książce o tym samym tytule. Jedna historia, ale opowiedziana na dwa różne sposoby podbiła moje serce unoszącym się niczym mgła smutkiem między postaciami. Nie pisząc więcej po prostu oznajmię, że uwielbiam film i książkę.
9. „Przekleństwa niewinności”
Pierwszy raz film oglądałam dawno temu, po czym sięgnęłam po książkę, po której znowu włączyłam film i z chęcią ponownie przeczytałabym książkę. Tak, lubię obie wersje tajemniczej historii sióstr Lisbon opowiedzianej przez rówieśników płci męskiej z sąsiedztwa. Co dziwne, ilość niedopowiedzeń i znaków zapytania nie znika wraz z zapoznaniem się z jedną i drugą wersją, bo jak to bywa w przypadku obserwatorów, ich wiedza nie jest wystarczająca, aby przekazać i wyjaśnić motywy działania innych.
Pierwszy raz film oglądałam dawno temu, po czym sięgnęłam po książkę, po której znowu włączyłam film i z chęcią ponownie przeczytałabym książkę. Tak, lubię obie wersje tajemniczej historii sióstr Lisbon opowiedzianej przez rówieśników płci męskiej z sąsiedztwa. Co dziwne, ilość niedopowiedzeń i znaków zapytania nie znika wraz z zapoznaniem się z jedną i drugą wersją, bo jak to bywa w przypadku obserwatorów, ich wiedza nie jest wystarczająca, aby przekazać i wyjaśnić motywy działania innych.
10. „Wielkie nadzieje”
Jeden z filmów powracających do mnie z odległej przeszłości. Pierwszy raz obejrzałam go jeszcze za czasów szkoły podstawowej, a w zeszłym roku, zimową porą, dzięki niemu wygrałam w konkursie organizowanym przez Weekendowy Magazyn Filmowy, a dokładnie w rankingu na najlepszy tekst wypowiedziany przed śmiercią. (Akurat to nie zaskoczenie, że wygrałam w czymś związanym ze śmiercią.) Przez długi czas żyłam w nieświadomości istnienia książki, a gdy już miałam ją w rękach, nie byłam w stanie przeczytać więcej niż kilka kartek. Myślę, że to nie był odpowiedni moment na taką lekturę, ale wiem, że muszę zrobić kolejne podejście. Tymczasem film zajmuje szczególne miejsce na mojej liście ulubionych produkcji. Nawet jeśli nie jest wybitny, a melodramaty nie są w moim guście, z chęcią do niego powracam.
Jeden z filmów powracających do mnie z odległej przeszłości. Pierwszy raz obejrzałam go jeszcze za czasów szkoły podstawowej, a w zeszłym roku, zimową porą, dzięki niemu wygrałam w konkursie organizowanym przez Weekendowy Magazyn Filmowy, a dokładnie w rankingu na najlepszy tekst wypowiedziany przed śmiercią. (Akurat to nie zaskoczenie, że wygrałam w czymś związanym ze śmiercią.) Przez długi czas żyłam w nieświadomości istnienia książki, a gdy już miałam ją w rękach, nie byłam w stanie przeczytać więcej niż kilka kartek. Myślę, że to nie był odpowiedni moment na taką lekturę, ale wiem, że muszę zrobić kolejne podejście. Tymczasem film zajmuje szczególne miejsce na mojej liście ulubionych produkcji. Nawet jeśli nie jest wybitny, a melodramaty nie są w moim guście, z chęcią do niego powracam.
11. „Śmierć w Wenecji”
Chce się powiedzieć – klasyka – a jednak są tacy, którzy powiedzą – pedofilia. Pamiętam jak zaczęłam czytać książkę w przerwie między wykładami. Zawierała w sobie jeszcze inne nowele Tomasza Manna i mała popodkreślane wybrane fragmenty jaskrawymi markerami. Pamiętam, że jakimś cudem obejrzałam w telewizji wywiad z polskim zespołem Video, w którym wokalista wspomniał wtedy o filmie, mówiąc, że jest nużący. (O właśnie, nawet znalazłam tą wypowiedź. Cytuję: Teledysk „Papieros” powstał w Wenecji. „Za każdym razem gdy oglądaliśmy »Śmierć w Wenecji« czy »Turystę« zastanawialiśmy się, dlaczego wszystkie filmy, których akcja toczy się w tym wyjątkowym mieście, są tak niemiłosiernie nudne”.) Mnie, tak jak wielu, w filmie urzekła rola Tadzia, którego zagrał Björn Andrésen. Można powiedzieć, że była to jego życiowa rola. Mimo to nadal uważam, że książka jest lepsza.
Chce się powiedzieć – klasyka – a jednak są tacy, którzy powiedzą – pedofilia. Pamiętam jak zaczęłam czytać książkę w przerwie między wykładami. Zawierała w sobie jeszcze inne nowele Tomasza Manna i mała popodkreślane wybrane fragmenty jaskrawymi markerami. Pamiętam, że jakimś cudem obejrzałam w telewizji wywiad z polskim zespołem Video, w którym wokalista wspomniał wtedy o filmie, mówiąc, że jest nużący. (O właśnie, nawet znalazłam tą wypowiedź. Cytuję: Teledysk „Papieros” powstał w Wenecji. „Za każdym razem gdy oglądaliśmy »Śmierć w Wenecji« czy »Turystę« zastanawialiśmy się, dlaczego wszystkie filmy, których akcja toczy się w tym wyjątkowym mieście, są tak niemiłosiernie nudne”.) Mnie, tak jak wielu, w filmie urzekła rola Tadzia, którego zagrał Björn Andrésen. Można powiedzieć, że była to jego życiowa rola. Mimo to nadal uważam, że książka jest lepsza.
12. „Przerwana lekcja muzyki”
Kolejny film, który widziałam już wiele razy i za każdym razem powracam do niego z jednakową ciekawością, dzięki świetnym odtwórczyniom głównych ról, którymi są Angelina Jolie i Winona Ryder. Mój pierwszy seans miał miejsce kilkanaście lat temu, gdy czytałam jedynie lektury szkolne, dlatego treść książki poznałam dużo później, a samo czytanie nie było łatwym przejściem, ponieważ korzystałam z e-booka, a dla mnie taka forma nie ma nic wspólnego z relaksem. Może dlatego pamiętam niewiele poza dołączonymi oryginalnymi dokumentami ze szpitala pisarki, Susanny Kaysen, natomiast a film znam na pamięć.
Kolejny film, który widziałam już wiele razy i za każdym razem powracam do niego z jednakową ciekawością, dzięki świetnym odtwórczyniom głównych ról, którymi są Angelina Jolie i Winona Ryder. Mój pierwszy seans miał miejsce kilkanaście lat temu, gdy czytałam jedynie lektury szkolne, dlatego treść książki poznałam dużo później, a samo czytanie nie było łatwym przejściem, ponieważ korzystałam z e-booka, a dla mnie taka forma nie ma nic wspólnego z relaksem. Może dlatego pamiętam niewiele poza dołączonymi oryginalnymi dokumentami ze szpitala pisarki, Susanny Kaysen, natomiast a film znam na pamięć.
13. „Wywiad z wampirem”
Nie ominęła mnie fascynacja serią książek o wampirach napisanych przez Annę Rice, choć było to znacznie później po fali zainteresowania na świecie, a do tego nie szukałam historii z gatunku fantasy, jednak gdy już wkroczyłam w ten świat, nie mogłam zignorować wampira Lestata. Ironiczna bestia. Tom Cruise idealnie oddał tą cechę, a najbardziej w jego charakteryzacji lubię to, że w ogóle trudno poznać, że to on wcielił się w filmową postać Lestata. Książka czy ekranizacja? Sympatią darzę jedno i drugie, więc w chwili obecnej trudno mi wybrać.
Nie ominęła mnie fascynacja serią książek o wampirach napisanych przez Annę Rice, choć było to znacznie później po fali zainteresowania na świecie, a do tego nie szukałam historii z gatunku fantasy, jednak gdy już wkroczyłam w ten świat, nie mogłam zignorować wampira Lestata. Ironiczna bestia. Tom Cruise idealnie oddał tą cechę, a najbardziej w jego charakteryzacji lubię to, że w ogóle trudno poznać, że to on wcielił się w filmową postać Lestata. Książka czy ekranizacja? Sympatią darzę jedno i drugie, więc w chwili obecnej trudno mi wybrać.
14. „Lot nad kukułczym gniazdem”
Po raz kolejny mam ochotę napisać, film mojej młodości, ponieważ motyw szpitala psychiatrycznego i chorób psychicznych w tamtym czasie zajmował znaczną część moich zainteresowań, dlatego często oglądałam filmy o tej tematyce. „Lot nad kukułczym gniazdem” widziałam już kilka razy, a książkę przeczytałam tylko raz i znowu wychodzi na to, że filmowy obraz zakorzenił się bardziej w mej pamięci niż literacki pierwowzór. Cóż, trudno zapomnieć o świetnej roli Jacka Nicholsona.
Po raz kolejny mam ochotę napisać, film mojej młodości, ponieważ motyw szpitala psychiatrycznego i chorób psychicznych w tamtym czasie zajmował znaczną część moich zainteresowań, dlatego często oglądałam filmy o tej tematyce. „Lot nad kukułczym gniazdem” widziałam już kilka razy, a książkę przeczytałam tylko raz i znowu wychodzi na to, że filmowy obraz zakorzenił się bardziej w mej pamięci niż literacki pierwowzór. Cóż, trudno zapomnieć o świetnej roli Jacka Nicholsona.
15. „Wielki Gatsby”
Na tumblrze nie raz przed oczami ukazywała mi się okładka książki z niewielkim błyszczącym miastem u dołu. Nad budynkami rozciągało się granatowe nocne niebo, na którym zarysowywała się twarz, a właściwie widać było tam tylko oczy i usta, natomiast brakowało nosa. Później natrafiłam amerykańską stronę, na której znajdował się artykuł z listą książek, które należy przeczytać, a które nie są grubymi powieściami (lista miała za pewne swój krótki, zgrabny tytuł, ale już go nie pamiętam) i „Wielki Gatsby” znowu pojawił się w mojej rzeczywistości. Tym razem musiałam wypożyczyć książkę, która okazała się wciągającą lekturą. Jeśli chodzi o film, do tej pory powstało już pięć ekranizacji. Obejrzałam najnowszą, czyli z roku 2013 i nie wynudziłam się na ponad dwugodzinnym seansie, ale nakręcony z rozmachem film nie oddał nastroju książki i nie czuję potrzeby, żeby kiedykolwiek wracać do niego po raz drugi. Tym razem książka jest zdecydowanie lepsza.
Na tumblrze nie raz przed oczami ukazywała mi się okładka książki z niewielkim błyszczącym miastem u dołu. Nad budynkami rozciągało się granatowe nocne niebo, na którym zarysowywała się twarz, a właściwie widać było tam tylko oczy i usta, natomiast brakowało nosa. Później natrafiłam amerykańską stronę, na której znajdował się artykuł z listą książek, które należy przeczytać, a które nie są grubymi powieściami (lista miała za pewne swój krótki, zgrabny tytuł, ale już go nie pamiętam) i „Wielki Gatsby” znowu pojawił się w mojej rzeczywistości. Tym razem musiałam wypożyczyć książkę, która okazała się wciągającą lekturą. Jeśli chodzi o film, do tej pory powstało już pięć ekranizacji. Obejrzałam najnowszą, czyli z roku 2013 i nie wynudziłam się na ponad dwugodzinnym seansie, ale nakręcony z rozmachem film nie oddał nastroju książki i nie czuję potrzeby, żeby kiedykolwiek wracać do niego po raz drugi. Tym razem książka jest zdecydowanie lepsza.
16. „Miłość i śmierć na Long Island”
Gdy wypożyczyłam książkę z biblioteki, byłam zaskoczona, że jest cieniutka. Wcześniej słyszałam o filmie, ale postanowiłam, że zacznę od lektury. Ciekawie napisana historia, a do tego wysoka ocena na stronie filmweb.pl, narobiły mi apetytu na poznanie filmowej wersji. Tymczasem rozczarowałam się bardzo, momentami śmiejąc podczas oglądania dramatu. Nie muszę chyba nic więcej dodawać. Film nie przebił książki.
Gdy wypożyczyłam książkę z biblioteki, byłam zaskoczona, że jest cieniutka. Wcześniej słyszałam o filmie, ale postanowiłam, że zacznę od lektury. Ciekawie napisana historia, a do tego wysoka ocena na stronie filmweb.pl, narobiły mi apetytu na poznanie filmowej wersji. Tymczasem rozczarowałam się bardzo, momentami śmiejąc podczas oglądania dramatu. Nie muszę chyba nic więcej dodawać. Film nie przebił książki.
17. „Chłopiec z latawcem”
O tej książce wspomniałam już na blogu ponad rok temu, więc nie będę powtarzać historii o tym, jak to się stało, że sięgnęłam po ten tytuł, a zwyczajnie odeślę zainteresowanych tutaj. Jeśli chodzi o film, nie wzruszył mnie tak jak książka, aktorzy nie opowiadali mojemu wyobrażeniu o bohaterach, po prostu czegoś brakowało, choć film nie był ogólnie zły, ale jednak rozminął się z moją miłością do książki.
O tej książce wspomniałam już na blogu ponad rok temu, więc nie będę powtarzać historii o tym, jak to się stało, że sięgnęłam po ten tytuł, a zwyczajnie odeślę zainteresowanych tutaj. Jeśli chodzi o film, nie wzruszył mnie tak jak książka, aktorzy nie opowiadali mojemu wyobrażeniu o bohaterach, po prostu czegoś brakowało, choć film nie był ogólnie zły, ale jednak rozminął się z moją miłością do książki.
18. „Władca much”
O książce usłyszałam na jedynym z wykładów z antropologii kultury (wykład prowadzony był przez księdza, szalonego – w pozytywnym sensie – antropologa z zamiłowania, dla którego mogłabym wrócić na studia i przejść jeszcze raz przez ten cały shit; typ wykładowcy, który jest w stanie zainteresować cię tym, czym nie interesujesz się w ogóle), właściwie mieliśmy ją przeczytać w ramach zajęć, a potem wspólnie omawiać. Nie spodziewałam się tak świetnej lektury, zwłaszcza, że czytanie książki z zajęć na zajęcia przy niewielkiej dostępności w bibliotece i obowiązkach, nie jawiło się jako marzenie tygodnia. A jednak, byłam zaskoczona, a tym bardziej uradowana, że to nie była książka w stylu „Smutek tropików”. Po książce z ciekawości obejrzałam jedną z ekranizacji, nowszą, czyli z 1990 roku, i nie przekonała mnie ani trochę. W przeciwieństwie do książki nie wywołała we mnie żadnych emocji. Zmierzenie się z książką oscarowego pisarza zakończyło się niepowiedzeniem.
O książce usłyszałam na jedynym z wykładów z antropologii kultury (wykład prowadzony był przez księdza, szalonego – w pozytywnym sensie – antropologa z zamiłowania, dla którego mogłabym wrócić na studia i przejść jeszcze raz przez ten cały shit; typ wykładowcy, który jest w stanie zainteresować cię tym, czym nie interesujesz się w ogóle), właściwie mieliśmy ją przeczytać w ramach zajęć, a potem wspólnie omawiać. Nie spodziewałam się tak świetnej lektury, zwłaszcza, że czytanie książki z zajęć na zajęcia przy niewielkiej dostępności w bibliotece i obowiązkach, nie jawiło się jako marzenie tygodnia. A jednak, byłam zaskoczona, a tym bardziej uradowana, że to nie była książka w stylu „Smutek tropików”. Po książce z ciekawości obejrzałam jedną z ekranizacji, nowszą, czyli z 1990 roku, i nie przekonała mnie ani trochę. W przeciwieństwie do książki nie wywołała we mnie żadnych emocji. Zmierzenie się z książką oscarowego pisarza zakończyło się niepowiedzeniem.
19. „Dama kameliowa”
Zaczęło się od polskiej ekranizacji, którą darzę dużą sympatią i choć nie przepadam za melodramatami, wracam przed telewizor za każdym razem, gdy emitują „Damę Kameliową”. Film widziałam kilka razy przed książką, a książka, cóż, wydała mi się nudna i mniej przejmująca niż ekranizacja, której dużym plusem jest gra aktorska. Być może w mojej ocenie jest więcej obycia z filmową wersją, ale myślę, że gdybym przeczytała najpierw książkę, nie spieszyłabym się z obejrzeniem ekranizacji.
Zaczęło się od polskiej ekranizacji, którą darzę dużą sympatią i choć nie przepadam za melodramatami, wracam przed telewizor za każdym razem, gdy emitują „Damę Kameliową”. Film widziałam kilka razy przed książką, a książka, cóż, wydała mi się nudna i mniej przejmująca niż ekranizacja, której dużym plusem jest gra aktorska. Być może w mojej ocenie jest więcej obycia z filmową wersją, ale myślę, że gdybym przeczytała najpierw książkę, nie spieszyłabym się z obejrzeniem ekranizacji.
20. „Pozwól mi wejść”
To jest jeden z tych filmów, o których się nie zapomina. Może nie jest wybitny, ale ma w sobie coś magnetycznego. Dużo osób lamentuje, że umieszczenie go w gatunku horror jest totalną pomyłką, a jednak bywa, że na filmach oznaczonych właściwie trudno o uczucie strachu. Scenariusz filmu oparty jest na książce szwedzkiego pisarza, której do tej pory nie udało mi się dostać w swoje ręce. Jak zapewniają inni, jest bardzo dobra, a już na pewno dużo lepsza niż film. Chciałabym przekonać się o tym osobiście, ale obecnie pozostaje mi wspomnienie zimowej, ponurej scenerii filmowych krajobrazów splamionych krwią.
To jest jeden z tych filmów, o których się nie zapomina. Może nie jest wybitny, ale ma w sobie coś magnetycznego. Dużo osób lamentuje, że umieszczenie go w gatunku horror jest totalną pomyłką, a jednak bywa, że na filmach oznaczonych właściwie trudno o uczucie strachu. Scenariusz filmu oparty jest na książce szwedzkiego pisarza, której do tej pory nie udało mi się dostać w swoje ręce. Jak zapewniają inni, jest bardzo dobra, a już na pewno dużo lepsza niż film. Chciałabym przekonać się o tym osobiście, ale obecnie pozostaje mi wspomnienie zimowej, ponurej scenerii filmowych krajobrazów splamionych krwią.
21. „Aria Diva”
Ten tytuł nosi polski film krótkometrażowy, który nie raz był emitowany w telewizji, dzięki czemu dowiedziałam się o jego istnieniu. Scenariusz oparty jest na opowiadaniu Olgi Tokarczuk i aż zadziwiające, że do tej pory nie udało mi się odnaleźć go w żadnej z bibliotek, właściwie do wczoraj, bo nagle dostałam olśnienia i odkryłam, w którym zbiorze opowiadań znajduje się poszukiwana historia. Jestem ciekawa jak bardzo różni się od filmowej wersji. Niedługo czeka mnie wycieczka do biblioteki, więc już cieszę się na myśl, że będę mogła przeczytać „Ariadnę na Naksos”.
Ten tytuł nosi polski film krótkometrażowy, który nie raz był emitowany w telewizji, dzięki czemu dowiedziałam się o jego istnieniu. Scenariusz oparty jest na opowiadaniu Olgi Tokarczuk i aż zadziwiające, że do tej pory nie udało mi się odnaleźć go w żadnej z bibliotek, właściwie do wczoraj, bo nagle dostałam olśnienia i odkryłam, w którym zbiorze opowiadań znajduje się poszukiwana historia. Jestem ciekawa jak bardzo różni się od filmowej wersji. Niedługo czeka mnie wycieczka do biblioteki, więc już cieszę się na myśl, że będę mogła przeczytać „Ariadnę na Naksos”.
22. „Maurycy”
Film pamiętam jak przez mgłę, choć znam jego główną tematykę, a książkę chciałabym przeczytać tak bardzo, jak bardzo nie mogę jej nigdzie znaleźć.
Film pamiętam jak przez mgłę, choć znam jego główną tematykę, a książkę chciałabym przeczytać tak bardzo, jak bardzo nie mogę jej nigdzie znaleźć.
23. „Wtajemniczenie”
Angielski tytuł zarówno filmu jak i książki to „Foxfire”. Od razu powiem, że książka została wydana w 1994 roku i do tej pory nie doczekała się polskiego tłumaczenia, co osobiście mi nie przeszkadza, ale znalezienie jej graniczy z cudem. (Czy mógłby mi ktoś podarować ją w prezencie, albo chociaż podać wiarygodne źródło, gdzie mogłabym ją nabyć?) Jeśli chodzi o ekranizacje, powstały ich aż dwie, w 1996 i 2012 roku. Obejrzałam obie i nie oszukujmy się, nowsza wersja jest dużo słabsza, a do tego dłuższa o godzinę, co niepotrzebnie rozciąga akację. Moje serce należy do produkcji z lat 90-tych. Aktorki – w tym młoda i jakby nieznana Angelina Jolie – klimat, muzyka(!), miejsca, sposób prowadzenia historii, to wszystko tworzy spójny obraz. Oglądałam film kilka razy, a ostatnią scenę nie raz przewijałam niezdrowo przesadnie, bo coś tak bardzo mnie w niej bolało, że musiałam, po prostu musiałam. Kocham ten film.
Angielski tytuł zarówno filmu jak i książki to „Foxfire”. Od razu powiem, że książka została wydana w 1994 roku i do tej pory nie doczekała się polskiego tłumaczenia, co osobiście mi nie przeszkadza, ale znalezienie jej graniczy z cudem. (Czy mógłby mi ktoś podarować ją w prezencie, albo chociaż podać wiarygodne źródło, gdzie mogłabym ją nabyć?) Jeśli chodzi o ekranizacje, powstały ich aż dwie, w 1996 i 2012 roku. Obejrzałam obie i nie oszukujmy się, nowsza wersja jest dużo słabsza, a do tego dłuższa o godzinę, co niepotrzebnie rozciąga akację. Moje serce należy do produkcji z lat 90-tych. Aktorki – w tym młoda i jakby nieznana Angelina Jolie – klimat, muzyka(!), miejsca, sposób prowadzenia historii, to wszystko tworzy spójny obraz. Oglądałam film kilka razy, a ostatnią scenę nie raz przewijałam niezdrowo przesadnie, bo coś tak bardzo mnie w niej bolało, że musiałam, po prostu musiałam. Kocham ten film.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz