Przyszedł czas na kolejny film, do którego obejrzenia zbierałam się
miesiącami, głównie dlatego, że nie miał wgranych napisów, więc seans
przed telewizorem nie wchodził w grę bez znajomości języka włoskiego.
Dopiero, gdy mogłam wydrukować napisy, mogłam też zasiąść do oglądania.
(Seanse z użyciem komputera to w moim przypadku wyjątek. Mam swoje
dziwne powody.) „Skutki miłości” to tytuł nie zachęcający (mnie) do
odkrycia jego znaczenia, ale wysoka ocena przy filmie wystarczyła, aby
zatrzymać na nim uwagę. Dodatkowo wyreżyserowała go ta sama osoba,
której film w 2014 roku otrzymał Oscara w kategorii „najlepszy film
nieanglojęzyczny”, więc nie mogło być inaczej, prędzej czy później
domowy seans musiał się odbyć. (Nawiasem mówiąc, wiele osób przyznaje,
że tytuł filmu jest trochę niepasujący, a na pewno nieoczywisty w
stosunku do treści. Moim skromnym zdaniem powinni wybrać lepszy, gdyż
ten kojarzy się z romansem, z którym nie ma nic wspólnego.) Nie
zamierzam jednak pisać recenzji filmu, bo nie po to je oglądam. Ogólnie
nie chcę napisać wiele, głównie o ostatnich minutach. Choć muszę
przyznać, że od początku do końca historia okazała się intrygująca, co
lubię. Jeśli już od pierwszych chwil zastanawiam się, jak potoczy się
życie głównego bohatera, to znak, że zostałam wciągnięta, a jeśli
dopiero na koniec otrzymuję rozwiązanie, jest fantastycznie. Właśnie,
zakończenie. Aby uniknąć spoilerów, nie podam szczegółów ani imion
bohaterów. Napiszę tylko, że jeśli już w filmie pojawia się zapowiedź
śmierci, to przeważnie wolę, aby już nastąpiła. Może to okrutne, ale
wolę jeśli nie ratują potencjalnych trupów, bo w takich momentach film
traci na autentyczności. Choć może to tylko mój problem, gdyż w polskich
serialach zawsze wszyscy zostają cudownie ocaleni, co jest sztuczne,
słabe i denerwujące, dlatego w filmach szukam czegoś innego.
(Przykładowo szerokim łukiem omijam komedie romantyczne.) Wracając do
„Skutków miłości”, śmierć ostatecznie nastąpiła, co mnie ucieszyło. Ale
gdy już ujrzałam tą przedziwną egzekucję, uświadomiłam sobie, że nie
jest to jeszcze koniec historii. Gdy nastała ostatnia scena, zostałam
wbita w fotel. Nie spodziewałam się takiego podsumowania. Myślę, że nie
ma takiej osoby na calutkim świecie, która przewidziałaby ostatnią
scenę. Może jasnowidz. Ale nie chodzi tutaj o zaskoczenie, ale o emocje,
które zalały mnie po czubek głowy. Może ktoś inny zareagowałby inaczej,
ale ja znowu zostałam spoliczkowana przez zakończenie filmu i po twarzy pociekły mi zły. Kolejne zakończenie, które będzie siedzieć w
mojej głowie na wielki wieków i za każdym razem na jego wspomnienie
ogarnie mnie melancholia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz