6.03.2015

848.

Wczoraj spojrzałam na swoje dłonie i uśmiechnęłam się z wdzięcznością, że po kilku miesiącach odzyskały spokój, a potem nastała noc i znowu nie mogłam zasnąć, a po północy do domu wrócił brat, zaś mama znowu poczuła się gorzej, więc leżałam na plecach, wpatrując się w sufit, niezdolna do żadnego ruchu, z ich głosami w głowie, z pustką w myślach, niedowierzaniem w sercu i strachem w duszy, a potem bezwiednie po moich policzkach pociekły łzy. Ze strachu i zimna poczułam dreszcze w ciele i nie mogłam zmrużyć oczu jeszcze długo tej nocy, obawiając się, że to się nigdy nie skończy lub skończy krwawo, choć przecież to niedorzeczne, w końcu kiedyś będę musiała umrzeć, a krew i tak nie będzie na moich rękach. Dzisiaj z rana spojrzałam na swoje dłonie i uśmiechnęłam się smutno, bo nawet nie minęła dobra mojego zwycięstwa, a one znowu drżą.

Chciałabym przejmować się mniej, ale od zawsze taka byłam, pełna nic nie wartego przygnębienia i bezradności,  które skrywałam pod uśmiechem albo milczeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz