Wczoraj spojrzałam na swoje dłonie i
uśmiechnęłam się z wdzięcznością, że po kilku miesiącach odzyskały
spokój, a potem nastała noc i znowu nie mogłam zasnąć, a po północy do
domu wrócił brat, zaś mama znowu poczuła się gorzej, więc leżałam na
plecach, wpatrując się w sufit, niezdolna do żadnego ruchu, z ich
głosami w głowie, z pustką w myślach, niedowierzaniem w sercu i strachem
w duszy, a potem bezwiednie po moich policzkach pociekły łzy. Ze
strachu i zimna poczułam dreszcze w ciele i nie mogłam zmrużyć oczu
jeszcze długo tej nocy, obawiając się, że to się nigdy nie skończy lub
skończy krwawo, choć przecież to niedorzeczne, w końcu kiedyś będę
musiała umrzeć, a krew i tak nie będzie na moich rękach. Dzisiaj z rana
spojrzałam na swoje dłonie i uśmiechnęłam się smutno, bo nawet nie
minęła dobra mojego zwycięstwa, a one znowu drżą.
Chciałabym przejmować się mniej, ale od zawsze taka byłam, pełna nic nie wartego przygnębienia i bezradności, które skrywałam pod uśmiechem albo milczeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz