5.08.2015

861.


Lipiec zlał się w jeden dzień, może dlatego zapominam o wielu osobach, nieustannie wydaje mi się, że jeszcze wczoraj wymieniliśmy kilka zdań, ale to nieprawda, zapominam, że poza obszarem dwóch kilometrów istnieje cały świat, który wydaje się na mnie czekać, ale to również nieprawda. Cały świat oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca położenia wydaje się fikcją, znajomi żyją własnym życiem, daleko, poupychani są gdzieś we wspomnieniach, pewnie nawet o mnie nie myślą, a ja, cóż, zadziwiająco szybko przyzwyczaiłam się do obecności koleżanek i kolegów z pracy, którzy od niedawna są realną częścią mojej rzeczywistości. Sierpień, to będzie nasz piąty miesiąc razem, choć czasem wydaje mi się, że to już piąty rok. Przeżyliśmy już razem nie jedną problematyczną sytuację. Ich towarzystwo i wspólnie dzielone obowiązki sprawiają, że życie nabrało normalności. Nie czuję się przytłoczona ich obecnością, nie czuję się zmęczona pracą. Rozumiem, to dopiero piąty wspólny miesiąc, wszystko jest na swój sposób nadal świeże, ale potem nastaną trzy kolejne, minął równie szybko, i przyjdzie czas rozstania. Ciężko namalować mojej wyobraźni późną jesień i ostatni wspólny dzień. Nie boję się pożegnań, do których jestem przyzwyczajona; nie potrafię już nawet ronić łez. Najbardziej obawiam się jednego, że pierwszego dnia grudnia znowu zostanę człowiekiem bez przyszłości, a wtedy przytulna stabilizacja i kojący śmiech przy wspólnym śniadaniu, pozwalające znieść wszystko co złe i przemilczenie, runą w jednej chwili, a ja rozsypię się wraz z końcem wspólnej muzealnej przygody. Może dlatego nie potrafię myśleć o dalszej przeszłości. Jestem tu i teraz, od czasu do czasu nękana demonami przeszłości, sporadycznie prześladowana myślę, że kiedyś zostanę uwięzionym między dwoma światami nieszczęśliwym duchem. Nadal nie wiem kim zostanę kiedy dorosnę; nadal nie wierzę, że nadaję się do czegoś więcej niż zarabiania na rachunki, nieposiadanego talentu w sobie nie odkryję, marzeń nadal mieć nie będę, Boże, co ze sobą zrobię późną jesienią bez miejsca, do którego nie chciałam trafić, a które na chwilę zapewniło mi normalność, stabilizację i powiew radości. Chciałabym napisać o każdej osobie, którą tutaj poznałam, w tym chłodnym pałacu z kaflowymi piecami, kryształowymi lustrami, ścianami obwieszonymi gęsto obrazami, fantazyjnymi sztukateriami na suficie i cholernym czerwonym dywanem, z którego schodzą turyści mimo nieustannych próśb, aby po zabytkowych posadzkach nie chodzić, ale próby naszkicowania portretów już z góry spisane są na porażkę. Pisanie o osobach, które znam zawsze przysparza mi trudności. Nie lubię zamykać ich w schematach, nadawać im tytuły, rozmyślać o ich roli granej w moim życiu, lubię jak po prostu są i pozwalają mi zapominać, że to wszystko nie ma większego sensu, ja, z tym całym swoim nieprzemyślanym życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz