Lipiec zlał się w jeden dzień, może dlatego
zapominam o wielu osobach, nieustannie wydaje mi się, że jeszcze wczoraj wymieniliśmy
kilka zdań, ale to nieprawda, zapominam, że poza obszarem dwóch kilometrów
istnieje cały świat, który wydaje się na mnie czekać, ale to również nieprawda.
Cały świat oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca położenia wydaje
się fikcją, znajomi żyją własnym życiem, daleko, poupychani są gdzieś we
wspomnieniach, pewnie nawet o mnie nie myślą, a ja, cóż, zadziwiająco szybko przyzwyczaiłam
się do obecności koleżanek i kolegów z pracy, którzy od niedawna są realną
częścią mojej rzeczywistości. Sierpień, to będzie nasz piąty miesiąc razem, choć
czasem wydaje mi się, że to już piąty rok. Przeżyliśmy już razem nie jedną
problematyczną sytuację. Ich towarzystwo i wspólnie dzielone obowiązki sprawiają,
że życie nabrało normalności. Nie czuję się przytłoczona ich obecnością, nie
czuję się zmęczona pracą. Rozumiem, to dopiero piąty wspólny miesiąc, wszystko
jest na swój sposób nadal świeże, ale potem nastaną trzy kolejne, minął równie
szybko, i przyjdzie czas rozstania. Ciężko namalować mojej wyobraźni późną
jesień i ostatni wspólny dzień. Nie boję się pożegnań, do których jestem przyzwyczajona;
nie potrafię już nawet ronić łez. Najbardziej obawiam się jednego, że
pierwszego dnia grudnia znowu zostanę człowiekiem bez przyszłości, a wtedy przytulna
stabilizacja i kojący śmiech przy wspólnym śniadaniu, pozwalające znieść
wszystko co złe i przemilczenie, runą w jednej chwili, a ja rozsypię się wraz z
końcem wspólnej muzealnej przygody. Może dlatego nie potrafię myśleć o dalszej
przeszłości. Jestem tu i teraz, od czasu do czasu nękana demonami przeszłości, sporadycznie
prześladowana myślę, że kiedyś zostanę uwięzionym między dwoma światami nieszczęśliwym
duchem. Nadal nie wiem kim zostanę kiedy dorosnę; nadal nie wierzę, że nadaję
się do czegoś więcej niż zarabiania na rachunki, nieposiadanego talentu w sobie
nie odkryję, marzeń nadal mieć nie będę, Boże, co ze sobą zrobię późną jesienią
bez miejsca, do którego nie chciałam trafić, a które na chwilę zapewniło mi
normalność, stabilizację i powiew radości. Chciałabym napisać o każdej osobie,
którą tutaj poznałam, w tym chłodnym pałacu z kaflowymi piecami, kryształowymi
lustrami, ścianami obwieszonymi gęsto obrazami, fantazyjnymi sztukateriami na
suficie i cholernym czerwonym dywanem, z którego schodzą turyści mimo nieustannych
próśb, aby po zabytkowych posadzkach nie chodzić, ale próby naszkicowania
portretów już z góry spisane są na porażkę. Pisanie o osobach, które znam
zawsze przysparza mi trudności. Nie lubię zamykać ich w schematach, nadawać im tytuły,
rozmyślać o ich roli granej w moim życiu, lubię jak po prostu są i pozwalają mi
zapominać, że to wszystko nie ma większego sensu, ja, z tym całym swoim nieprzemyślanym
życiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz