2.11.2015

865. siedemnastka



Tegoroczny październik minął bezpowrotnie, a we mnie ciągle gra muzyka chopinowska. Trochę zaskakujące, gdyż nie interesuję się muzyką poważną; na co dzień nie słucham utworów z tego gatunku, choć to nie tak, że za nią nie przepadam, zwyczajnie nie mam ku temu okazji, odpowiedniego nastoju i stroju, nie jestem obeznana w temacie; tak naprawdę wolałabym słuchać dźwięku fortepianu na żywo. XVII Międzynarodowy Konkurs im. F. Chopina pojawił się jako coś naturalnego w mojej październikowej rzeczywistości. Wracałam z pracy, włączałam telewizor, owijałam się kocem i słuchałam, czasem niechcący zasypiając, ze zmęczenia i pod wpływem pięknych melodii. Nie śledziłam wszystkich występów od początku, dopiero z czasem bliżej przyjrzałam się uczestnikom, kiedy było ich mniej. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt, że dwudziestojednoletni Koreańczyk Seong-Jin Cho zachwycił publiczność i dziennikarzy już w drugiej rundzie. Od tej chwili wiedziałam, że musi wygrać. Kto mnie zna, ten wie, że od pięciu lat moja dusza straciła wszystko co słowiańskie i polskie i zwróciła się ku dalekiemu dla mnie krajowi jakim jest Korea Południowa. Nie jestem obiektywna w swoich ocenach. Pewnie patriotyczni, a na pewno ksenofobiczni Polacy już dawno spaliliby mnie na stosie. Choć nie powiem, podobały mi się również występy polskich wykonawców. Nie zmienia to jednak faktu, że wygrał nie kto inny a Seong-Jin Cho, o czym przeczytałam dnia następnego zaraz po przebudzeniu. Na nocne wyniki nie czekałam, właśnie z powodu porannej pobudki. Po pracy obejrzałam moment ogłaszania wyników. Nie ma co ukrywać, dziennikarze zachowali się jak szalone fanki, które nie mogą opanować swoich emocji na widok ukochanego idola. Przyznam się, że moment odczytywania pierwszego miejsca obejrzałam kilka razy; miałam niesamowity ubaw patrząc na nierealność całej sytuacji, dorośli ludzie zachowali się jak bydło, nie reagując na prośby o zachowanie spokoju. W końcu organizatorzy postarali się o konferencję, tam można będzie oślepić fleszami zwycięzców. Teraz nasunęło mi się na myśl, że dziennikarze zachowali się jak ludzie rzucają się na nowo przyniesiony towar w secondo-handzie, aby upolować najlepszy ciuch. Na drugi dzień był koncert finalistów, choć na gali najbardziej błyszczał tłumacz, pan tłumacz, a zwłaszcza w momencie, w którym musiał przetłumaczyć przemówienie prof. Popowej-Zydroń. Chciałabym kiedyś opanować równie biegle angielski. Jaka szkoda, że nie dane było mi poznać imienia i nazwiska tłumacza. Ktoś zna? Największym zaskoczeniem okazały się jednak oceny jury, w końcu stojący na podium Koreańczyk przez jednego z jurorów w finale został oceniony na 1, podczas gdy inni członkowie przyznali mu 9 i 10, no i jedną 6. Zdecydowanie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że to samo miało miejsce w trzecim etapie, ten sam pan uznał, że Koreańczyk nie zasługuje na bycie w finale. Przyjrzałam jeszcze raz tabelę z ocenami, w drugim etapie także ten sam pan jako jedyny był na nie. Tym panem jest Philippe Entremot. Jednak nie będę się na tym rozwodzić. Szukanie przyczyn tych niskich ocen byłoby tylko spekulacjami. W jednym z wywiadów przeprowadzonym ze zwycięzcą, moją uwagę przykuł słodki fragment, tak zdecydowanie słodki. Mr. Cho mieszka w Paryżu. Jakie ma hobby poza muzyką? Lubi odwiedzać paryskie restauracje i piekarnie, gdzie serwują croissanty i desery. Wyszukuje w internecie lokale, a gdy znajdzie ten wybrany na mapie miasta, kupuje kilka różnych ciast po czym porównuje ze sobą ich smak. Czy to nie dziwne i słodkie zajęcie? Pewnie też kaloryczne i kosztowne. Teraz, kiedy wygrał, będzie mógł zjeść tyle ulubionego tiramisu, ile jego brzuch zapragnie. A gdy przyjedzie zagrać u mnie prywatny koncert, zaserwuję mu specjalnie przygotowany przeze mnie deser. Tylko szkoda, wielka szkoda, że konkurs chopinowski odbywa się raz na pięć lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz