Tegoroczny październik minął
bezpowrotnie, a we mnie ciągle gra muzyka chopinowska. Trochę zaskakujące, gdyż
nie interesuję się muzyką poważną; na co dzień nie słucham utworów z tego
gatunku, choć to nie tak, że za nią nie przepadam, zwyczajnie nie mam ku temu
okazji, odpowiedniego nastoju i stroju, nie jestem obeznana w temacie; tak
naprawdę wolałabym słuchać dźwięku fortepianu na żywo. XVII Międzynarodowy
Konkurs im. F. Chopina pojawił się jako coś naturalnego w mojej październikowej
rzeczywistości. Wracałam z pracy, włączałam telewizor, owijałam się kocem i słuchałam,
czasem niechcący zasypiając, ze zmęczenia i pod wpływem pięknych melodii. Nie
śledziłam wszystkich występów od początku, dopiero z czasem bliżej przyjrzałam
się uczestnikom, kiedy było ich mniej. Oczywiście mojej uwadze nie umknął fakt,
że dwudziestojednoletni Koreańczyk Seong-Jin Cho zachwycił publiczność i dziennikarzy
już w drugiej rundzie. Od tej chwili wiedziałam, że musi wygrać. Kto mnie zna,
ten wie, że od pięciu lat moja dusza straciła wszystko co słowiańskie i polskie
i zwróciła się ku dalekiemu dla mnie krajowi jakim jest Korea Południowa. Nie
jestem obiektywna w swoich ocenach. Pewnie patriotyczni, a na pewno
ksenofobiczni Polacy już dawno spaliliby mnie na stosie. Choć nie powiem,
podobały mi się również występy polskich wykonawców. Nie zmienia to jednak
faktu, że wygrał nie kto inny a Seong-Jin Cho, o czym przeczytałam dnia
następnego zaraz po przebudzeniu. Na nocne wyniki nie czekałam, właśnie z
powodu porannej pobudki. Po pracy obejrzałam moment ogłaszania wyników. Nie ma
co ukrywać, dziennikarze zachowali się jak szalone fanki, które nie mogą opanować
swoich emocji na widok ukochanego idola. Przyznam się, że moment odczytywania
pierwszego miejsca obejrzałam kilka razy; miałam niesamowity ubaw patrząc na
nierealność całej sytuacji, dorośli ludzie zachowali się jak bydło, nie
reagując na prośby o zachowanie spokoju. W końcu organizatorzy postarali się o
konferencję, tam można będzie oślepić fleszami zwycięzców. Teraz nasunęło mi
się na myśl, że dziennikarze zachowali się jak ludzie rzucają się na nowo
przyniesiony towar w secondo-handzie, aby upolować najlepszy ciuch. Na drugi
dzień był koncert finalistów, choć na gali najbardziej błyszczał tłumacz, pan tłumacz,
a zwłaszcza w momencie, w którym musiał przetłumaczyć przemówienie prof.
Popowej-Zydroń. Chciałabym kiedyś opanować równie biegle angielski. Jaka
szkoda, że nie dane było mi poznać imienia i nazwiska tłumacza. Ktoś zna? Największym
zaskoczeniem okazały się jednak oceny jury, w końcu stojący na podium Koreańczyk
przez jednego z jurorów w finale został oceniony na 1, podczas gdy inni członkowie
przyznali mu 9 i 10, no i jedną 6. Zdecydowanie coś tu śmierdzi. Zwłaszcza, że
to samo miało miejsce w trzecim etapie, ten sam pan uznał, że Koreańczyk nie zasługuje
na bycie w finale. Przyjrzałam jeszcze raz tabelę z ocenami, w drugim etapie
także ten sam pan jako jedyny był na nie. Tym panem jest Philippe Entremot. Jednak
nie będę się na tym rozwodzić. Szukanie przyczyn tych niskich ocen byłoby tylko
spekulacjami. W jednym z wywiadów przeprowadzonym ze zwycięzcą, moją uwagę przykuł
słodki fragment, tak zdecydowanie słodki. Mr. Cho mieszka w Paryżu. Jakie ma
hobby poza muzyką? Lubi odwiedzać paryskie restauracje i piekarnie, gdzie serwują
croissanty i desery. Wyszukuje w internecie lokale, a gdy znajdzie ten wybrany
na mapie miasta, kupuje kilka różnych ciast po czym porównuje ze sobą ich smak.
Czy to nie dziwne i słodkie zajęcie? Pewnie też kaloryczne i kosztowne. Teraz,
kiedy wygrał, będzie mógł zjeść tyle ulubionego tiramisu, ile jego brzuch zapragnie.
A gdy przyjedzie zagrać u mnie prywatny koncert, zaserwuję mu specjalnie przygotowany
przeze mnie deser. Tylko szkoda, wielka szkoda, że konkurs chopinowski odbywa się
raz na pięć lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz