Sięgam
pamięcią wstecz i próbuję zrozumieć swoją sytuację z perspektywy czasu, ale nie
rozumiem nic, zupełnie nic. Kiedy raz zachorujesz na zatoki, masz z nimi
problem całe życie, jeśli nie dbasz o swoje zdrowie. Kiedy raz zachorujesz na
zaburzenia odżywania, masz problem z jedzeniem całe życie, bo nawet jeśli jesteś
jednostką wyleczoną, to nieostrożność może spowodować nawrót, zupełnie jak przy
alkoholizmie. Kiedy raz dopadnie cię depresja, pęknięcie wewnątrz nie sklei się
nigdy. Są dolegliwości, które można wyleczyć raz na zawsze; inne odchodzę, ale
zostawiają ślad, czasem niebezpieczny, a jednak nie pamiętam tamtych cierpień,
nie potrafię odworzyć uczuć, które trawiły moją duszę i nie raz doprowadziły
mnie do opłakanego stanu. Boję się, nie przeszłości, która na mnie czyha, lecz
przyszłości, na którą mogę nie mieć już siły. Nadal nie dowierzam, że mój pisk w
uszach jest prawdopodobnie medycznie nieuleczalny, bo nikt poza mną tego nie
słyszy, a przy nieuszkodzonym słuchu, każde próby faszerowania się tabletkami to
loteria, w której wygrać bardzo trudno. Przejrzałam niejedno forum i załamuję
ręce. Nagle dotknęło mnie coś, co może towarzyszyć mi do końca życia. Okropne dzwonienie
w uszach, pisk, szum, wszystko na raz, o których udaje mi się zapominać w ciągu
dnia, a które przed snem niszczą mnie doszczętnie. Nie mam tragicznych problemów
z zaśnięciem, ani z dobrym snem przynoszącym odpoczynek, ale bywają też noce gorsze i te poranki, kiedy pierwszą rzeczą, jaką odkrywam po otworzeniu oczu jest towarzyszący mi pisk. Nie potrafię pogodzić się z faktem, że moja ukochana
cisza odeszła, aż boję się napisać, że na zawsze. Nie potrafię wyobrazić sobie roku z tym „bólem”,
a co dopiero kilku, kilkunastu lat. (Bo jeśli jednak nie umrę młodo?) Nie
jestem silna. Można powiedzieć, że wszystkie choroby, które męczyły mnie latami
i które męczą, nawet głupia anemia nie chce odejść, powinny mnie taką uczynić,
silną, w końcu nadal trwam, ale nawiedza mnie coraz więcej wątpliwości. Jak
głupi pech, znalezienie się w nieodpowiednim miejscu i czasie, wielkie,
niespodziewane bum uszkadzające w sekundzie słuch, miałoby pozytywnie wpłynąć
na moje życie? Przez swoją sytuację, choroby, staję się jeszcze większą egoistką,
nawet kiedy się modlę. Jest mi ciężko, nie będę kłamać, ale przecież wiem, że inni
mają gorzej, i to sprawia, że jest mi jeszcze ciężej, bo nie potrafię wygrać ze
sobą. Niech ktoś mną potrząśnie. Denerwują mnie niekontrolowane
wybuchy płaczu, które nie pojawiały się od bardzo, bardzo dawna. Byłam na dobrej
drodze, tak mi się wydawało, ale teraz znowu zboczyłam i błądzę i tracę siły.
Potrzebuję cudu. Wierzę cuda. Istnieje mnóstwo udokumentowanych przypadków,
które, czy wierzymy czy nie, zaistniały i określane są jako cuda. Sama byłam
świadkiem cudów i pamiętam te gorące łzy, które ciekły po moich policzkach na
myśl o tym, że ktoś został uwolniony od cierpienia, fizycznego, psychicznego,
bez różnicy; bycie od czegoś wolnym to upragniona ulga, to jak oddech pełną
piersią. Obiecałam sobie, a może i nie tylko sobie, że już nigdy nie podniosę
na siebie ręki i już nigdy nie pomyślę o dobrowolnym skreśleniu siebie z tego
świata. Chcę trwać w tym trudnym postanowieniu, chcę innego rozwiązania swojego
problemu, choć niekoniecznie bardziej racjonalnego. Dzisiejszy świat uznałby
mnie za szaloną, ale postanowiłam, że wymodlę dla siebie cud, nawet jeśli miałabym
modlić się o to całe życie. Poproszę o pomoc zastępy Świętych i wszystkich przyjaciół, bo wstyd mi prosić Najwyższego,
znowu, znowu dla siebie, choć przecież wkoło jest wiele cierpiących bardziej i bardziej potrzebujących cudu niż ja. Chyba mi smutno. Idę już spać, choć chodzenie spać przestało być przyjemne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz