10.06.2016

887.



Lubię zapach kawy, choć jej nie piję, ale ostatnio wypiłam całą, pyszną, słodką, mrożoną, z cichym podziękowaniem i niezręcznością. Momentami mam wrażenie, że będzie to moja jedyna kawa w życiu, abym nie wypłukiwała z siebie żelaza i nie prowokowała nałogów, aby tamten dzień pozostał na zawsze wyjątkowy, choć może taki nie był. Nie lubię siedzieć na wprost drugiej osoby, bywam onieśmielona, czuję jakbym musiała pilnować każdego ruchu swego niezgrabnego ciała. Zupełnie nie przeszkadza mi siedzenie obok kogoś, gdzie zawsze mogę uciec wzrokiem, gdzie tylko pół mnie jest na pokaz. Swoją drogą, nie pojmuję jak ludzie mogą jeść posiłki siedząc naprzeciw siebie, może rozumiałabym bez problemu, gdybym nie mała w sobie skazy problemów z odżywianiem. Chowam się przed wzrokiem ciekawskich, centrum uwagi jest nie dla mnie, zupełnie nie rozumiem, czemu nie urodziłam się w kręgu kulturowym, gdzie kobiety odsłaniają jedynie swoje oczy. Choć nie, mnie szybko zdradziłyby właśnie oczy. Nie przeszkadza mi to jednak bezwstydnie (ale ukradkiem?) obserwować kogoś od stóp do głowy, bo wszystko w drugim człowieku jest niezwykle fascynujące. W pewnym momencie obserwowałam tylko niebo, ale nie widziałam nic, nawet siebie na tym dachu. Słońce świeciło mocno, wiał silny wiatr, a przed moimi oczami zafalowała przestrzeń, jakby drzwi do innego portalu, co sprawiło, że znowu byłam na miejscu. Nie wiem, ile siedzieliśmy owiani gorącym majowym powietrzem, być może za długo. Moja nagrzana promieniami słońca skóra była ciepła jeszcze następnego dnia. Nie jestem opalona (anemia ciągle maluje mą skórę blado), mam tylko więcej drobnych piegów na ciele, bo codziennie staram się wychodzić na spacer, aby zerwać z przyzwyczajeniami przeszłości, kiedy w podobnym stanie wychodziłam tylko na niedzielną mszę. Moje zwyczajnie życie, w które zaplątanych jest mnóstwo niezwyczajnych historii. Bylibyśmy fantastycznymi przyjaciółmi, takim z prawdziwego zdarzenia, jak z filmów, niezniszczalni, zabawni, troskliwi, i mielibyśmy dobre życie, i ciągle bylibyśmy młodzi. Oni, porozrzucani po czterech stronach świata, a na środku tęskniąca ja, centrum niczego. Czasem mam wrażenie, że wymyśliłam to wszystko, moje tęskniące serce również, bo jestem poza tym wszystkim, zagubiona w pustce, wypchana cudzymi emocjami ze szklanego ekranu. Stresuję się waszym widokiem, reszta jest grą mojej wyobraźni. Nie jestem zmęczona. Jestem czymś zawiedziona, tylko czym, próbuję bezskutecznie odgadnąć. Myślę, że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi, gdyby było mnie na to stać, lecz moje puste kieszenie znów karzą mi zapomnieć o marzeniach. Zresztą, po co mi marzenia. Tak sobie leżę i milczę i nie wiem, znowu nie chcę nic, zupełnie nic, tylko to nieuleczalne(?) dzwonienie w uszach, chciałabym, aby ktoś je ode mnie zabrał zanim zrobię sobie krzywdę z bezsilności, ale obawiam się, że może uczynić to tylko Bóg i tylko wraz z moim życiem. Nie chcę oszaleć przez ten nieustannie towarzyszący dźwięk, który niespodziewanie przybiera na sile i od którego coraz trudniej odciągnąć mi myśli. Mam wrażenie, że noszę w głowie zepsuty telewizor. Chciałabym walnąć nim o ścianę, aby wyłączył się na zawsze. Moim kochani przyjaciele, proszę, miejcie mnie w swych myślach, polecajcie w swych modlitwach, abym wytrwała w postanowieniu, abym przetrwała kolejną ciężką zimę w swoim życiu, nawet jeśli ma ona trwać aż do mojego ostatniego tchnienia.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz