Lubię zapach kawy, choć jej nie piję, ale ostatnio wypiłam
całą, pyszną, słodką, mrożoną, z cichym podziękowaniem i niezręcznością.
Momentami mam wrażenie, że będzie to moja jedyna kawa w życiu, abym nie
wypłukiwała z siebie żelaza i nie prowokowała nałogów, aby tamten dzień
pozostał na zawsze wyjątkowy, choć może taki nie był. Nie lubię siedzieć na
wprost drugiej osoby, bywam onieśmielona, czuję jakbym musiała pilnować każdego
ruchu swego niezgrabnego ciała. Zupełnie nie przeszkadza mi siedzenie obok
kogoś, gdzie zawsze mogę uciec wzrokiem, gdzie tylko pół mnie jest na pokaz.
Swoją drogą, nie pojmuję jak ludzie mogą jeść posiłki siedząc naprzeciw siebie,
może rozumiałabym bez problemu, gdybym nie mała w sobie skazy problemów z
odżywianiem. Chowam się przed wzrokiem ciekawskich, centrum uwagi jest nie dla
mnie, zupełnie nie rozumiem, czemu nie urodziłam się w kręgu kulturowym, gdzie
kobiety odsłaniają jedynie swoje oczy. Choć nie, mnie szybko zdradziłyby
właśnie oczy. Nie przeszkadza mi to jednak bezwstydnie (ale ukradkiem?)
obserwować kogoś od stóp do głowy, bo wszystko w drugim człowieku jest
niezwykle fascynujące. W pewnym momencie obserwowałam tylko niebo, ale nie
widziałam nic, nawet siebie na tym dachu. Słońce świeciło mocno, wiał silny
wiatr, a przed moimi oczami zafalowała przestrzeń, jakby drzwi do innego
portalu, co sprawiło, że znowu byłam na miejscu. Nie wiem, ile siedzieliśmy owiani
gorącym majowym powietrzem, być może za długo. Moja nagrzana promieniami słońca
skóra była ciepła jeszcze następnego dnia. Nie jestem opalona (anemia ciągle
maluje mą skórę blado), mam tylko więcej drobnych piegów na ciele, bo
codziennie staram się wychodzić na spacer, aby zerwać z przyzwyczajeniami przeszłości,
kiedy w podobnym stanie wychodziłam tylko na niedzielną mszę. Moje zwyczajnie
życie, w które zaplątanych jest mnóstwo niezwyczajnych historii. Bylibyśmy
fantastycznymi przyjaciółmi, takim z prawdziwego zdarzenia, jak z filmów,
niezniszczalni, zabawni, troskliwi, i mielibyśmy dobre życie, i ciągle bylibyśmy
młodzi. Oni, porozrzucani po czterech stronach świata, a na środku tęskniąca ja,
centrum niczego. Czasem mam wrażenie, że wymyśliłam to wszystko, moje tęskniące
serce również, bo jestem poza tym wszystkim, zagubiona w pustce, wypchana
cudzymi emocjami ze szklanego ekranu. Stresuję się waszym widokiem, reszta jest
grą mojej wyobraźni. Nie jestem zmęczona. Jestem czymś zawiedziona, tylko czym,
próbuję bezskutecznie odgadnąć. Myślę, że bylibyśmy dobrymi przyjaciółmi, gdyby
było mnie na to stać, lecz moje puste kieszenie znów karzą mi zapomnieć o marzeniach.
Zresztą, po co mi marzenia. Tak sobie leżę i milczę i nie wiem, znowu nie chcę
nic, zupełnie nic, tylko to nieuleczalne(?) dzwonienie w uszach, chciałabym,
aby ktoś je ode mnie zabrał zanim zrobię sobie krzywdę z bezsilności, ale
obawiam się, że może uczynić to tylko Bóg i tylko wraz z moim życiem. Nie chcę
oszaleć przez ten nieustannie towarzyszący dźwięk, który niespodziewanie
przybiera na sile i od którego coraz trudniej odciągnąć mi myśli. Mam wrażenie,
że noszę w głowie zepsuty telewizor. Chciałabym walnąć nim o ścianę, aby wyłączył
się na zawsze. Moim kochani przyjaciele, proszę, miejcie mnie w swych myślach, polecajcie
w swych modlitwach, abym wytrwała w postanowieniu, abym przetrwała kolejną
ciężką zimę w swoim życiu, nawet jeśli ma ona trwać aż do mojego ostatniego
tchnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz