W pracy kontempluję życie, a przecież miałam nie
mieć czasu na myślenie, tymczasem nie zajmują się niczym innym jak myśleniem
właśnie, a myślę o wszystkim o czym nie powinnam, godziny mijają, a mi więcej
we mnie myśli, tym bardziej pusta się czuję. Chciałabym podzielić się tyloma
rzeczami, ale coś sprawia, że nie mogę i pozostaje mi tylko pustka po tych
wszystkich ciężkich myślach.
Kontempluję życie w pracy zwanej stażem. Mówią,
że najwięcej obowiązków zrzuca się na stażystów, tymczasem nikt nie każe parzyć
mi kawy ani przekładać sterty dokumentów, zero brudnej roboty. Kontempluję chwilę
obecną, która ciągnie się w nieskończoność. Na tym polegają moje początkowe
zadania, wbrew pozorom to najgorsze co mogło mi się przytrafić. Miałam uciec
przed ciągnącymi się sennie godzinami i bezsensem czegoś, co jest moim
istnieniem, tymczasem popadam w jeszcze większy absurd siedząc tutaj, bo nie
wiem po co siedzę, jeśli tylko siedzę i nic, minuty płyną i nic, ruch wokoło
mnie, a ja nic, bezruch, nikomu niepotrzebny eksponat, siedzę, i nic, nic, nic.
Lecz to nie tak, że jestem niezauważalna. Siedzę w przejściu, bo muszę, bo
takie wydzielono dla mnie miejsce, przed komputerem, gdzie każdy przechodzący
może zerknąć na ekran. W „moim” pomieszczeniu jedzą posiłki i przyjmują płyny,
wszyscy kawę, nie licząc mnie i N., wypłukują z organizmu wszystko co dobre,
rozpoczynając dzień od mocnej kawy. Tylko mnie dręczy myśl, że jedna
"cienka" herbata na dzień stanie się przyczyną niedoboru wszystkich
pierwiastków i mikroelementów, jakby dziewięciomiesięczny problem z brakiem
żelaza mi nie wystarczył. Godzinę siedzimy razem, a potem każdy rozchodzi
się do swoich obowiązków; oprócz mnie, bo mną nie ma się kto zająć. Jeszcze nie
czas, wszyscy zajęci, płaci kto inny, więc co to za różnica. Ludzie przewijają
się za moim plecami jak duchy. Bywam niespokojna. Siedem godzin, które uwierają
jak za małe buty. Gdyby nie E., przetrwać byłoby trudno, dzięki niej
czas płynie odrobinę szybciej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz