Chciałam napisać, od miesięcy próbuję pisać częściej, ale gdy jestem gotowa, aby zabrać się za tę czynność, okazuje się, że jest wiele ciekawszych rzeczy, które mogę robić akurat przed komputerem. Wczorajszego wieczoru postanowiłam zrobić przerwę od koreańskich programów rozrywkowych, które nagle stały się jedyną rzeczą sprawiającą, że śmieję się głośno i szczerze. To sprawia, że popadam w pewnego rodzaju uzależnienie, bo każdy lubi czuć się dobrze, zwłaszcza, gdy realna rzeczywistość nie dostarcza ani jednego powodu do uśmiechu. Wczoraj postanowiłam skosztować innego rodzaju emocji i po raz drugi w życiu, po trzech latach od seansu, obejrzałam “Posępną noc”. To zdecydowanie była posępna noc również dla mnie. Wraz z pojawieniem się napisów końcowych miałam ochotę rozpłakać się jak dziecko. Filmy o przyjaźni z prostym, cichym, ale łamiącym zakończeniem zawsze są dla mnie wyjątkowo bolesne.
Chciałam płakać, ale nie pozwoliłam sobie na to. Nie pozwalam sobie płakać od dawna. Niesamowite, że jeszcze kilka lat temu byłam największą beksą, jaką spotkałam. Płakałam nad życiem swoim i każdego swojego znajomego, z którym łączyła mnie emocjonalna, czasem tylko internetowa znajomość. Może to był tylko okres dojrzewania, który zajął mi wyjątkowo długo, lub nie zdiagnozowana przez specjalistę nadwrażliwość, a może byłam głupia, że wylałam tyle daremnych łez, bo ostatecznie nikt się do mnie nie odzywa. Prawda, płakaniem nie da się udowodnić swojej przyjaźni, ani szczerymi słowami, bo podobno czyny są ważniejsze niż słowa. Człowiek czasem ma wrażenie, że robi wszystko, aby utrzymać z daną osobą kontakt, a na końcu, kiedy zostaje z ciszą, i tak obwinia siebie. Myślę, że gdybym była kimś innym, bardziej otwartym, czyli lepszym według standardów kontaktów międzyludzkich, miałabym przy sobie ludzi, na których zależy mi od lat. Tymczasem mam na co zasłużyłam. Może to “wykrakałam”? Miałam taki okres w życiu, że nie opuszczało mnie wrażenie, że każda ucieczka, która wiązała się ze strachem, czasem panicznym, w przyszłości zaowocuje tym, że zostanę sama. To nie tak, że jestem sama. Są osoby, które od lat utrzymują ze mną kontakt, nawet jeśli wraz z nadejściem dorosłości widujemy się rzadko i jestem wdzięczna za ich obecność w swoim małym marnym życiu, ale nie mogę pogodzić się z tym, że reszta rozpłynęła się jak we mgle. Nie pozwalałam sobie jednak na tęsknoty, nie za często, bo wiem, że prędko by mnie to zniszczyło, zwłaszcza, że pewnie tęsknię za przeszłością, której już nie ma. Mam tylko nadzieję, że moi znajomi radzą sobie lepiej niż ja.
Wysłuchałam piosenki lecącej podczas napisów końcowych i włączyłam okienko. Potem zaczęłam oglądać koreańskie programy rozrywkowe, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia straty, przez co znowu poszłam spać po północy. Kiedyś gdzieś usłyszałam, że jak człowiek położy się spać po północy, to niezależnie od tego jak długo będzie później spał i tak obudzi się niewyspany. Jest to prawda, która sprawdza się w moim przypadku. Oczywiście uczucie niewyspania mija po jakimś czasie od przebudzenia i spokojnie po dziewięciu godzinach snu (śpię jak królowa, a raczej jak osoba bezrobotna), może funkcjonować cały dzień bez potrzeby drzemki.
Zapowiadają ładną pogodę przez kilka dni, więc skuszę się na niejedną długą rowerową przejażdżkę. Brakuje mi tego, przecież podczas lata jeździłam tak często. Poza tym nic się nie zmieniło. Gdyby nie zmieniający się krajobraz za oknem, miałabym wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Utknęłam w sytuacji, z której nie potrafię się wydostać i tylko koreański nierealny świat oraz modlitwa sprawiają, że trwam, choć to głupie, zestawiać ze sobą tak dwa odmienne światy, a jednak w jakiś sposób to u mnie działa. Czasem zastanawiam się, co zrobiłabym będąc osobą niewierzącą. Dawniej, ze swoją skłonnością do autodestrukcji, teraz mogłabym zrobić coś naprawdę głupiego, jeszcze głupszego niż kiedyś, ale jak zawsze nie zauważalnie. Teraz albo jestem spokojniejsza, właśnie dzięki modlitwie, albo coś we mnie zamarło. Nawet nie potrafię wprowadzić diety aka niejedzenie, choć dawno temu byłam w tym mistrzem. Pewnie dlatego że obiecałam sobie - nigdy więcej - i jestem okropna, że dotrzymuję obietnic. Ostatnio natrafiłam na wideo o derealizacji i depersonalizacji. Stwierdziłam naukowo, że żadna z dolegliwości mi nie dolega, a właściwie są to choroby, które realnie utrudniają życie i które można, a nawet należy leczyć. Potem znalazłam odpowiedź na jakimś forum, że derealizacja paradoksalnie może pomagać przetrwać. Bywa, że jest wynikiem reakcji obronnej organizmu na taki czynnik jak długo utrzymujący stres czy załamanie i pomaga oderwać się od problemów. Moja realna wiedza na temat obu zagadnień jest tak naprawdę znikoma, ale nie pozwala mi to zapomnieć o ciężkich momentach, po których powinnam się zwyczajnie załamać na dobre (co kiedyś by nastąpiło). Tymczasem z zaskoczenia dostałam jakby cios w tył głowy. Wtedy nie opuszczało mnie wrażenie, że śnię i to co się dzieje nie jest prawdą. Uczucie strachu zastępowała pustka i poczucie odrealnienia. Wiedziałam, że to przydarza się właśnie mi i że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca w niczyim życiu, ale byłam jej świadkiem i żeby przetrwać, musiałam się od niej odciąć. Nie wiem, czy mój mózg sam opanował tę sztuczkę, czy nauczyłam się odpychać od siebie złe momenty tak bardzo, że oddzieliłam swoje życie od siebie. Czasem mam wrażenie, że jestem widzem życia, choć sama w nim nie uczestniczę. Mimo to wiem, że nie mam derealizacji i żaden lekarz nie zdiagnozowałby tego u mnie. Od wielu lat próbuję dojść co ze mną nie tak i choć sama doszłam do niektórych wniosków, nadal brak fachowego potwierdzenia sprawia, że jestem zagubiona między tym, co jest prawdą, a co jedynie moim domysłem. Teraz jednak próbuję dojść do tego, czego nie mam pracy i co zrobić, aby to zmienić, skoro wysyłanie dokumentów nic nie daje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz