Tydzień temu sąsiad z góry zalał nam mieszkanie. Czasem można odnieść wrażenie, że mieszkamy w przeklętym miejscu. Nie wierzę w to, ale tak to właśnie wygląda, regularnie spotykają nas nieszczęścia, choć naturalną rzeczą jest, że stare rzeczy się psują a wypadki zdarzają. Po dwudziestej drugiej pękł kaloryfer w jego łazience i momentalnie zaczęła przeciekać do nas woda, najpierw wąskim strumyczkiem z sufitu w przedpokoju, a potem po ścianach, a nawet po żyrandolu i żarówce, więc musieliśmy wyłączyć światło. Dopiero gdy mój brat zastukał do drzwi sąsiada, ten zorientował się, że problem jest dość poważny, bo nasz blok, zresztą jedyny w okolicy, ma podłączone ogrzewanie centralne do szkoły znajdującej się obok, a zatrzymanie obiegu wody o tej porze mogło być problemem. Gdyby nie nasz wujek złota rączka, który pomaga w każdej kryzysowej sytuacji, moglibyśmy mieć problem do rana. (Czasem mu - wujkowi - szczerze współczuje, naprawiał już u nas niemal wszystko, choć nigdy nie daje po sobie poznać, że mu to przeszkadza, jest bardzo pozytywną i obrotną osobą). Zatkać dziurę w pękniętym kaloryferze ciężko, a dojść do tego, którą rurę w piwnicy zakręcić też niełatwo, ale sytuację udało się opanować. Może gdyby sąsiad nie był w tak wielkim szoku, wpadłby na to, że skoro nie da się podstawić miski pod cieknący kaloryfer (nie byłam na miejscu, bo ścierałam wodę u nas, ale wygląda na to, że woda tryskała w różne strony), mógłby zacząć chociaż ścierać potop ze swojej podłogi, przez którą przeciekała do nas woda. Wzięła się za to moja mama, aby ratować nasze ściany. “Proszę nie ścierać, sam potem zetrę wodę.” To właśnie usłyszała, co świadczy o tym, że szok sąsiada był ogromny, tak ogromny, że był w stanie palić jedynie papierosa. Mogłoby się wydawać, że mamy wielkiego pecha, ale za poniesione szkody dostaniemy odszkodowanie, choć patrząc na to, że nikt u nas nie lubi załatwiać takich papierkowo-urzędowych spraw (bo od zawsze włóczymy się po urzędach, więcej niż przeciętna rodzina), mogliśmy zwyczajnie odpuścić. Dostaniemy jednak odszkodowanie i tak oto całe zalanie nagle okazało się błogosławieństwem, bo dzięki temu będziemy mogli zapłacić rachunki. Odkąd jestem bezrobotna, spędzam dużą ilość czasu w internecie, w sumie dwanaście godzin na dobę (o zgrozo), wiadomo przeglądam ogłoszenia o pracę, albo błądzę po social mediach i youtube, co albo wymaga włączonego komputera albo częstego ładowania telefonu. Mam dwóch braci, którzy również korzystają z komputera, telefonów, oglądają telewizję, a przecież do prądu są podłączone inne urządzenia w domu oraz zapadający szybko zmrok wymaga rozświetlenia żarówkami. Latem zużywamy zdecydowanie mniej prądu, bo i mnie spędzamy czasu w domu, więc teraz rachunek będzie ogromny. Do tego należy doliczyć wodę, bo nagle mój brat, któremu przedłużono umowę, poczuł się jak król i bierze prawie codziennie kąpiele, przy czym ja od dwóch lat korzystam tylko z prysznica. Tak to nasze życie rodzinne się toczy, każdy żyje swoim odmiennym życiem w zależności od wypłaty lub jej braku, swoich przyzwyczajeń i zajęć, które pozwalają odciąć się od rzeczywistości lub w niej zatonąć.
(Chciałam poświęcić wpis NamTae, ale mam wrażenie, że pojawiło się we mnie tak dużo przemyśleń, które przeskakują od jednego do drugiego, że chyba nigdy nie będę w stanie zebrać tego w całość i stworzyć wpis o tym, jak to jest jednego dnia być otoczonym ludźmi 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu przez lata, z całym nadzorem wytwórni i ograniczeniami, a drugiego poczuć smak wolności, ale i samotności oraz pustki. Posiadam tę okropną umiejętność wczuwania się w sytuację innych i mnie to męczy. Powinnam przestać rozmyślać o życiu ludzi, którzy nie istnieją w mojej czasoprzestrzenni, o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami wytwórni, o tym jacy ludzie są, gdy kamera nie patrzy. NamTae pokazał mi odrobinę tej prawdy i pewnie dlatego o tym myślę, bo rozbraja mnie każda szczerość, która wynika ze słabości, będąc jednocześnie siłą do mówienia o tym, co prawdziwe. Powiem tylko, że najbardziej utkwił mi w pamięci fragment wywiadu, który pozwolę sobie przytoczyć. "I tried hard to be happy but I have given up. I don't know when I'm happy. I do want to feel happiness but to be honest, I don't know when I'm happy. I really don't know what happiness is. But I hope that someday I would realize what is like to be happy. I'm really counting down to the day when I finally know it." Też na to cierpię, właściwie od zawsze, nigdy nie potrafiłam określić, kiedy jestem szczęśliwa. Nigdy nie wiem, czy odczuwam szczęście, czy tylko udaję. Moje szczęście to pewnie tylko ulga, że nie odczuwam strachu i smutku, ale to nie ma nic wspólnego z cieszeniem się z bycia tu i teraz. On ma nadzieję, że uda mu się odnaleźć brakujące uczucie, a wiem, że nad tym pracuje, tymczasem ja poddałam się całkowicie, zwyczajnie nie wierzę, że można być szczęśliwym człowiekiem, bez wątpliwości i nieustannej walki z samym sobą. Wierzę, że niektórzy osiągają wyższy poziom wtajemniczenia i realnie mogą odnaleźć w sobie to coś, co będzie dla nich uczuciem szczęścia, bo będą mieć warunki ku rozwojowi. Ja nie mam siły na szukanie szczęścia, nie mam do tego warunków, głowy i pomocnika. Muszę znaleźć pracę, a i tak wiem, że to nie sprawi, że będę szczęśliwa. Zostanę "tylko" wyrwana z koła rozpaczy, choć obawiam się, że jeśli do końca roku nic się nie zmieni, to sytuacja stanie się czymś ponad moje siły. Nie będę w stanie przeżyć kolejnego Sylwestra sama, bez nadziei na lepszy rok. Ósmy raz pod rząd to nawet dla mnie może być za wiele.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz