23.10.2017

954.

Jutro w Polsce będzie miał miejsce koncert koreańskiego zespółu, od którego zaczęła się moja przygoda z koreańską muzyką, choć naprawdę zaczęło się od dramy, czyli serialu, gdzie wystąpił wokalista jednego z koreańskich zespołów, grając również członka zespołu. Nie od razu wpadłam na to, że serialowy Jeremy to w rzeczywistości Lee Hongki, frontman realnie istniejącego zespołu FT Island. Minęło prawie osiem lat, moje zainteresowanie Koreą nie zmalało ani trochę przez ten czas, a sam zespół rozwinął skrzydła i jak widać, ciągle wydaje albumy i koncertuje, choć to ludzie w zbliżonym do mnie wieku. W 2009 roku nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałabym, że koreańskie zespoły na swojej koncertowej mapie będą tak często wybierać Polskę. W swoich najśmielszych koszmarach, nie przypuszczałabym, że będę mieć szumy uszne. Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że można mieć coś takiego, w dodatku utrudniającego nie tylko życie, ale też przekreślającego uczęszczanie na głośne wydarzenia. Niby mam specjalne tłumiące zatyczki do uszu, które wypróbowałam raz, ryzykując, i fakt, nie pogorszyło mi się, ale to nie daje mi gwarancji, że nie może się pogorszyć, gdybym często fundowała sobie taką rozrywkę. Z wielką chęcią usłyszałbym FT Island na żywo, zarówno ich bardzo stare piosenki, jak i te nowsze, nie wspominając o głosie Hongkiego, który jest dla mnie wyjątkowy i przejmujący w balladach (tak, nie raz ryczałam, tak bolało mnie serce, ale uwielbiam takie głosy, które sprawiają, że słucham ballad, których kiedyś nie lubiłam, uważając za zwykłe pianie), ale sytuacja jest jaka jest. Biletów na koncert nie miał mi kto zafundować, a sama jestem tak zestresowana tym, że pieniądze na bezrobociu ubywają, a nie przybywają, że nawet nie jest mi przykro, że ZNOWU nie mogę być na koncercie, o którym marzyłam. (Powiedziałam sobie, że na ten koncert pójdę, jeśli przyjadą do Polski, a tydzień później pojawiła się taka informacja, aż nie wierzyłam w ten zbieg okoliczności.) Przerabiałam taką sytuację pewnie z pięćdziesiąty raz, bo przecież od dziecka każdy posiada ulubiony zespół, który chciałby usłyszeć na żywo, a przypominam, że mam już 27 lat, więc takich zespołów miałam i mam wiele, co za tym idzie, tym więcej rozczarowań musiałam przełknąć, głównie z powodu braku pieniędzy, więc jestem przyzwyczajona i odporna. Mogę nawet kolokwialnie powiedzieć, już mnie to nie rusza. Jestem odcięta od swoich uczuć w tej kwestii i mogłabym powiedzieć, że nawet wypieram ze świadomości fakt, że takie wydarzenia miały miejsce tak blisko mnie, ale jest to sprzeczne z tym, że uwielbiam czytać wszystkie fanowskie relacje i oglądać nagrania, więc nie mogę zapomnieć, że wydarzenie miało miejsce. Siedzę przed komputerem, przeglądam media społecznościowe i jestem naprawdę szczęśliwa ze szczęścia innych. Nawet jeśli chciałabym być na czyimś miejscu, nigdy nie odczuwam niszczącej zazdrości. Nigdy nie byłam zazdrosna tak, że chciałam zniszczyć szczęście innych i zastanawiam się jak to możliwe, bo przecież nie raz znalazłam się w sytuacji, w której mogłaby pochłonąć mnie zazdrość. Jak to możliwe, że potrafię nastawić się pozytywnie, a nie negatywnie względem szczęścia innych przy swoich niekończących się niepowodzeniach? Nie wiem. Może dlatego, że przez większość czasu odczuwam tak wielką pustkę, że potrzebuję karmić się cudzym szczęściem, aby nie zapomnieć czym jest to uczucie. Zauważyłam, że robię to bardzo często. Spędzam mnóstwo czasu na oglądaniu cudzych żyć w internecie, bo najbezpieczniej wybrać osoby, które nie są w jakikolwiek sposób ze mną związane. Czemu? Łatwiej wtedy zerwać przywiązanie emocjonalne, a i te osoby nie odczują mojej męczącej obecności w swoim życiu. Oglądam więc koreańskie programy rozrywkowe, subskrybuję vlogi ludzi, których lubię słuchać, śledzę życie idoli lub ludzi zwykłych, którzy są szczęśliwi, bo robią to, co kochają. Przy czym cały czas próbuję dojść do tego, jakim cudem jestem tak bardzo emocjonalnie w coś zaangażowana, a jednocześnie odcięta od swoich uczuć. Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków, ale miałam taki moment w życiu, kiedy pomyślałam, że coś się we mnie zmienia na lepsze i wreszcie wychodzę z mroku, przez co teraz boję się pomyśleć, że nie stało się nic więcej, jak tylko depresja przybrała inną formę, i tak oto z zapłakanego, nadwrażliwego i umierającego co dnia dziecka, stałam się pustą, bezuczuciową dziewczyną, która i tak musi umrzeć. Nawet nie wiem, czy naprawdę tak myślę. Chcę wierzyć, że nie jest to prawda opisująca mnie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że w którymś momencie coś mnie przerosło i zwyczajnie zamiast się rozpłakać i zacząć cykl płaczy daremnych, doznałam tak wielkiego szoku, że życie we mnie zamarło i czekam aż ktoś mnie odczaruje, przy czym wiem, że nic takiego nie nastąpi, bo nic się nie zmienia od tak, od ręki.


(Jestem w szoku, że można przejść od wpisu na temat koncertu do wpisu o osobistym nieprzystosowaniu do życia.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz