Nie wiem, komu bardziej doskwierał zeszły mało optymistyczny piątek, ale to zadziwiające, że we wtorek obróciliśmy wszystko w żart, jak zwykle zresztą, i znowu on stwierdził, że będę musiała męczyć się z nim przez kolejne kilka miesięcy, tymczasem to ja jestem przekonana, że on będzie musiał męczyć się ze mną. Czasem myślę, że jesteśmy do siebie trochę podobni, ale lepiej nie zagłębiać się w pewne rzeczy zbyt mocno, bo można oszaleć. Zwłaszcza, że jest coś odpychającego w myśli, że mogłabym zaprzyjaźnić się z kimś zbyt podobnym do mnie. Oczywiście zaprzyjaźnienie się z kimś, z kim nie łączyłoby mnie zupełnie nic, wydaje się nierealne, bo jednak uważam, że musi istnieć choć jedna nić porozumienia między dwoma osobami. Ostatnimi czasy czuję jednak, że nie jestem w stanie mieć nowych znajomych, bo wszyscy, z którymi chciałam utrzymywać relacje do końca życia zniknęli, przez co stali się równie obcy. Ci, którzy pozostali, przez większość czasu są tylko słowem pisanym, które ma w sobie więcej z wyobraźni niż realności, więc oddalamy się bardziej i nagle orientuję się, ku swemu niezadowoleniu, że jestem odcięta od wszystkich ludzi, jakbym sama nie była człowiekiem i jest mi wszystko jedno, mogłabym tak po prostu wyrzucić wszystkich z pamięci, gdyby było to możliwe, wtedy życie byłoby lżejsze. Wiadomo, najprościej jest nie musieć robić nic i nie brać odpowiedzialności za żadną relację. Od dłuższego czasu (wbrew temu co reprezentują moje wpisy tutaj) reprezentuję postawę wyparcia, bo łatwiej jest nie pamiętać, że rzeczy są takie, jakie są i nie można ich zmienić, bo nie mamy na wszystko wpływu, nie jesteśmy w stanie kontrolować rzeczywistości, wydarzeń i ludzi, więc aby nie zapadać się w sobie, z lekkim sercem udaję, że nic mnie nigdy nie trapi i tak w rzeczywistości się staje, bo pozytywne podejście działa jak magiczne zaklęcie. Życie ciągnie się monotonnie, a jednak dni płyną za szybko i ogarnia mnie często senność, od kiedy przychodzę na wcześniejszą godzinę do pracy. Mimo to staram się oddać w pełni obowiązkom, bo w pracy nie mogę być sobą, bo do pracy nie przenosi się prywatnych problemów, choć mam wrażenie, że wszyscy u mnie w pracy nie rozmawiają o niczym innym, i chcą mnie to wciągnąć, a ja uparcie milczę, bo po co dzielić się czymś, co jednego dnia znaczy wiele, a drugiego zupełnie nic. U mnie zawsze wszystko jest w porządku. To najlepsza odpowiedź, krótka i zamykająca wszystkie tematy. Codziennie odkrywam nową rzecz o sobie i o innych, i wcale nie jest mi głupio, że po raz kolejny źle wyliczam faktury. Cieszę się życiem, każdym ciepłym promieniem słońca i dobrym posiłkiem (choć chyba straciłam trochę apetyt), bo wiem, że za kilka miesięcy znowu dopadnie mnie paraliżujący strach. Nie dzieje się nic szczególnego, więc czuję się winna, że nie robię nic poza tym, że “ambitnie” spędzam czas przed komputerem. Jest jednak pewna rzecz, która denerwuje mnie szczególnie - nie mogę znaleźć żadnego filmu z mojej listy, a wszystko, co znajduję, okazuje się marne. Brakuje mi dobrego kina, takiego, które zapada w pamięci na zawsze i rozdziera duszę. Wszystko wydaje się mdłe i nawet nie jestem w stanie wytrwać do końca, wyłączam film, bo szkoda mi marnować czas, który i tak marnuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz