W drukarce zaciął się papier, nawet nie pamiętam, czy to ja zleciłam drukowanie, prawdopodobnie tak, a papier zaciął się tak mocno, że bardzo trudno było go wyciągnąć. Ostatecznie się udało, ale myślałam, że zanim D. to zrobi, rzuci tą drukarką we mnie. Nie mam wpływu na działanie drukarki, ale może gdybym przyjrzała się wcześniej kartkom papieru i wpadła na pomysł, żeby równo i elegancko ułożyć je na stosie. Nie wiem, czemu czasem w drukarkach zacina się papier, w poprzedniej pracy też tak było, ale nikt się nie denerwował. Nie wiem, czemu niektórzy ludzie są bardziej nerwowi od innych, nie wiem, może ma to coś wspólnego z typami osobowości, wiecie, cholerycy, melancholicy i cała reszta; każdy reaguje inaczej w podobnych sytuacjach. Gdy D. zmagał się z papierem tuż obok mnie, bo przecież oba biurka dzieli mniej niż pół metra, wokoło panowała cisza. Oczywiście on hałasował, bo zaciętego papieru nie da się wyciągnąć po cichu, ale dało się wyczuć jego niezadowolenie, nawet gdy nic nie mówił. On tracił cierpliwość, a ja czułam jak narasta we mnie poziom stresu. To naprawdę głupie, ale chyba bałam się tego, że jego złość obróci się przeciwko mnie i tylko czekałam jak gniewnie powie coś, czego nie chciałabym usłyszeć, a potem dotarło do mnie, że wcale nie ponosi mnie wyobraźnia, mi prostu zaczęły przypominać się te wszystkie sytuacje, gdy niewinne sprzeczki przeradzały się piekło. Moje ciało automatycznie reaguje napięciem i trzęsącymi dłońmi na krzyk innych. Tutaj nikt nie był na mnie zły, nikt nawet nie krzyknął, więc tym bardziej niewygodne jest dla mnie, że poza moją kontrolą coś takiego miało miejsce - zaczęłam odczuwać strach. Nie wiem, może jestem tylko zestresowana i muszę odpocząć i właściwie jakoś to będzie. Wiem, że tamte dni były dla mnie trudne, te z krzykiem i łzami i błaganiem na kolanach, że już dość i przecież to nie ma sensu, że tak nie można, a jednak to ciągle we mnie jest, choć myślałam, że nie, że właściwie bez różnicy, że to nie dotyczyło bezpośrednio mnie, to nie mnie chciano “zabić” w imię kłamliwych wartości, a jednak dotyczy też mnie, bo działo się pod tym dachem. Wyszłam z pracy i rozpłakałam się, znowu. Znowu płaczę często, a dzieje się to poza moją kontrolą. Nie wiem, jak tłumaczyć innym, że to co dla nich zwykłe, żartobliwe i niegroźne, we mnie otwiera te wszystkie z wielkim trudem pozamykane szuflady. Jak mam wytłumaczyć komuś, że nie lubię być w centrum uwagi i ciągle słyszeć, że mam wypisaną taką lub taką emocję na twarzy, jeśli to nie prawda, bo moje uczucia są inne. Czy naprawdę dorośli ludzie nie powinni być dla siebie zwyczajnie mili, a nie brnąć w uszczypliwe żarty? Czy tylko ja myślę, że wszyscy chodzimy poranieni i lepiej milczeć niż ryzykować zranieniem kogoś swoimi "zabawnymi" uwagami? Naprawdę chciałam chodzić do pracy, aby pracować i od czasu do czasu porozmawiać o pogodzie i filmach i o tym, że życie może nie jest takie okropne, jakie przez większość się wydaje. Tymczasem mam wrażenie, że chodzę do pracy, aby toczyć walkę, pewnie sama ze sobą, bo przecież i tak ostatecznie to moja wina, bo gdybym była inna to reagowałabym inaczej i może nie byłoby mi ciężko, gdy wszystko muszę przyjmować jako żart, podczas gdy mi nie jest mi do śmiechu. Niezależnie od tego, jak ogromne pokłady dystansu posiadam i jak bardzo walczyłam, aby nabrać go do siebie, nie wymarzę swojej przeszłości, która nadal łączy się z teraźniejszością. Pewne rzeczy nie biorą się z powietrza, człowiek nasiąka nimi przez lata i tak szybko ich nie wyciśnie. Całe życie mi przykro, że nie jestem tym, kim ludzie oczekują, abym była po ich pierwszym (mylnym) wrażeniu o mnie, a gdy poznają już prawdę, prawda staje się dla nich niewygodna. Naprawdę się staram, aby nie krzywdzić ludzi mimo tego wszystkiego, co noszę w sobie, ale jestem tylko zepsutą dziewuchą, która nie pisze tego w akcie samooskarżenia, aby potem uzyskać przebaczenia, ja naprawdę tak myślę. Czy to nie zadziwiające? Mogłabym przecież pomyśleć, że nie jestem taka najgorsza, że są gorsi i że robię co mogę, ale nie, porównywanie się z innymi to głupota, więc nie ma gorszych, jestem tylko ja przeciwko sobie. Wychodzę więc z pracy z ulgą i wypłakuję stres i jest mi głupio, że znowu robi się ze mnie taka beksa. A potem przypomina mi się ojciec, że umiera (jak każdy z nas codziennie po trochu) i że tabletki przeciwbólowe nie pomagają, a on nadal przyjeżdża z tym swoim uśmiechem i kłamliwą radością życia, jakby nigdy nic się nie stało i jakby teraz też nie działo się nic nadzwyczajnego, a dla mnie to za wiele, bo on też ma wobec mnie oczekiwania, czuję to i aż mnie skręca na jego widok, bo jeśli raz zniknął z naszego życia to, mógł nie wracać nigdy, więc czemu wraca,.czemu? Powroty są niemożliwe. Ja musiałam nauczyć się żyć bez niego raz - i co - zaraz będę musiała nauczyć się żyć bez niego po raz drugi, ale to wszystko co stanie się w międzyczasie będzie tylko moim poczuciem winy, bo przecież powinnam być kochającą córką, która wybacza wszystko, ale może prawda jest właśnie taka jak mówią, że tylko Bóg wybacza i że moje serce nie jest zdolne do tak wzniosłych i pięknych uczuć jak miłość. Jakby tego wszystkiego było mało, ojciec zabronił wspominać komukolwiek z rodziny o jego stanie zdrowie, pewnie dlatego, że ma ósemkę rodzeństwa i wszyscy zaciągnęli go do lekarza, choć to i tak niemożliwe, bo żaden lekarz nie przyjmuje pacjentów na siłę, więc bardziej prawdopodobne jest to, że mój ojciec chce mieć po prostu święty spokój. Gdyby tylko ktoś dotarł do tego bloga. Nigdy nie opuszcza mnie wrażenie, że dzielę się tutaj rzeczami, które powinny pozostać na zawsze milczeniem i gdyby przyszło mi mówić o nich głośno, nie byłabym w stanie wydobyć z siebie głosu, a nawet jeśli, to słuchacze znienawidziliby mnie w sekundę, zwłaszcza ci, o których tutaj wspominam, choć moją intencją nigdy nie jest urażenie kogokolwiek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz