Schudłam trzy kilogramy. Czy to wystarczająco ciekawy temat na wpis? Zrobiłam to bez diety, chyba, że moją dietą można nazwać pracę, ale nie nad ciałem. Nie znam nikogo, kto chociaż raz w życiu nie próbowałby zrzucić wagi. Odchudzała się moja mama i moje ciocie, moje siostry cioteczne i koleżanki, aż w końcu musiałam odchudzać się i ja. Musiałam, bo nawet jeśli nie miałam nadwagi według licznika BMI, moje ciało chudego dzieciaka zaczęło nabierać kształtów nastolatki. Niestety kształty oznaczały, że moje ciało zaczynać pokrywać tkanka tłuszczowa. Kilka razy dano mi odczuć, że moja waga się zmieniła, więc postanowiłam przejąć nad nią kontrolę. Moja mama wiedziała, że jestem na diecie. Co mogło być groźnego w tym, że dziecko przestanie na jakiś czas jeść słodycze, albo zastosuje przez tydzień znaną dietę i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwe, zamykając na zawsze rozdział pod tytułem dieta. Dokładnie pamiętam pierwszą dietę, jaką przeszłam. Później nie mogłam długo patrzeć na kapustę. Właściwie do tej pory jej nie jem, chyba, że jest to postny bigos ugotowany przez kogoś, kogo dań nie jem na co dzień. Schudłam na tyle, aby być zadowoloną z rezultatu, ale stracenie około dziesięciu kilogramów w dwa tygodnie to zdecydowanie niezdrowe dla piętnastolatki, która co dopiero weszła w okres dojrzewania. Swoją drogą, w porównaniu z rówieśniczkami, dość późno zaczęłam dojrzewać fizycznie. Pamiętam, jak raz zapytałam mamę, czy już nigdy nie będę mogła jeść słodyczy. Odpowiedziała, że nie wie, a może tak zapamiętałam tamten czas. Wraz z moją pierwszą dietą zrozumiałam, że nic nie będzie już przyjemne. W tamtym czasie stałam się też niezależna. Odcięłam swój żołądek od domowego jedzenia i zaczęłam rządzić sobą w pełni. Nie dość, że straciłam tkankę tłuszczową, to rozum, a do tego dość szybko przestałam miesiączkować. Pamiętam, jak ciocia moich przyjaciółek chwaliła mnie za utratę wagi. Nikt nie wiedział, z jak wieloma wyrzeczeniami wiązał się dla mnie tamten czas. Ale w formie nie byłam wcale, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Po czasie przyjaciółki opowiadały mi, że gdy przyszłam do nich pewnego razu ubrana w dopasowane spodnie i obcisłą koszulkę (a zdarzało mi się ubierać w ten sposób rzadko, bo wolałam zakryć swoje ciało), dopiero wtedy zwróciły uwagę, jak bardzo jestem chuda, za chuda. Gdy myślę o tym z perspektywy czasu uderza mnie, jak bardzo mózg potrafi nas oszukać, bo przy swojej najniższej wadze (50 kilogramów), nigdy nie widziałam chudego odbicia w lustrze. Zdjęcie swojej sylwetki z tamtego okresu wykasowałam, po tym jak moja siostra cioteczna przejrzała (za moim głupim pozwoleniem) folder ze zdjęciami i skrytykowała, że jestem za chuda i nie tak powinna wyglądać kobieta. Nie zrobiła tego w złośliwy sposób. Bardziej przestraszył mnie fakt, że ktoś realnie może zabronić mi tracić kilogramy. Na innych zdjęciach wyglądam jak drobna dziewczyna, której wygląd nie wskazuje nic niepokojącego. Moja mama nigdy nie widziała mojej drastycznej zmiany, dla niej byłam zawsze taka sama, więc może matki inaczej patrzą na swoje dzieci. W mojej miejscowości jest dziewczyna, która nagle stała się jak patyczek, a jednak jej mama nie zauważyła nic niepokojącego, dopiero, gdy inni zaczęli się tym przejmować, a może bardziej wtykać nosa w nieswoje sprawy, jak to bywa w małych miejscowościach, zrozumiała, że coś jest nie tak. Pamiętam, że w tamtym czasie jadłam dużo jabłek i chrupkiego pieczywa. Potrafiłam z jednej zupki chińskiej zrobić dwa posiłki. Miałam bardzo chwiejne nastroje jako nastolatka, a moje niedożywienie, czyli brak odpowiednich witamin i mikroelementów potrzebnych do prawidłowego rozwoju, sprawił, że byłam jędzą i zołzą. Potrafiłam naprzemiennie wybuchać płaczem i złością. Mój umysł nie funkcjonował poprawnie, miałam zaburzony obraz siebie i rzeczywistości, nic nie miało sensu i życie było trudne jak zawsze. Potrafiłam przesypiać dnie. Byłam chronicznie zmęczona. Spędzałam dużo czasu pochylona nad książkami, a i tak rezultaty były średnie. Czasem myślę o tym, że gdybym nie niszczyła siebie w okresie gimnazjalno-licealnym (a nawet na studiach), prawdopodobnie miałabym nieprzeciętne wyniki w nauce i teraz moje życie wyglądałoby inaczej. Niestety nie zależało mi na niczym poza tym, aby być chudą i ładną, a im bardziej się starałam, tym bardziej wszystko się sypało. Poza odchudzaniem w moim nastoletnim życiu toczyły się też inne sprawy, jak szkoła, przyjaźnie, separacja rodziców, ciągły brak pieniędzy, milion zmartwień, czego wynikiem był cały bałagan, który nosiłam w głowie. Czasem nadal miewam takie dziwne momenty, w których przypominam sobie kim byłam, a kim jestem, i że to nie ma sensu, że oddycham, a nic nie chcę. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek byłam beztroskim dzieckiem. To znaczy na pewno takim byłam, ale tego nie pamiętam, bo byłam zbyt mała. Której nocy coś we mnie pękło. Do tej pory próbuję zrozumieć coś, co miało miejsca, a co nie ma racjonalnego wytłumaczenia. Moje myśli przez długi czas wypełnione były tabelami kaloryczności produktów spożywczych i ciągłym strachem, że przytyję. Nie myślałam racjonalnie i byłam wyczerpana przebywaniem z sobą samą. Nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu, ani z tego kim jestem jako człowiek. Byłam nieszczęśliwa, ale musiałam udawać szczęśliwą. Czasem mam wrażenie, że tak długo okłamywałam świat w tej kwestii, że przez to do tej pory czuję się winna, gdy miewam gorsze dni, więc staram się to ukryć. Myślę, że również przez to mam problem z wyrażaniem siebie i byciem sobą przy innych, bo mam wrażenie, że muszę grać, aby świat mnie zaakceptował, bo nikt nie jest w stanie lubić mnie taką, jaką jestem. I to nie tak, że nieustannie o tym myślę. Weszło mi to tak bardzo w nawyk, że jestem po prostu zestresowana, gdy muszę z kimś obcym (a nawet i znajomym) wejść w najprostszą rozmowę o pogodzie. Jako nastolatka z jednej strony pragnęłam odrobiny uwagi i pomocy, z drugiej brzydziłam się swoją słabością i potrzebą obecności innych. Wiedziałam, że fachowa terapia wiązałaby się z jeszcze większym bólem mojej rodziny, która i tak dużo cierpiała. Mój skryty problem nie mógł stać się problemem innych, bo moje poczucie winy zostałoby wtedy podwojone. Jest to rzecz, która została we mnie po dzień dzisiejszy. Za każdym razem, gdy własnym głosem opowiadam innym o swoich problemach, mam wrażenie, że wbijam im nóż w serce. Może dlatego łatwiej puścić mi słowa pisane w świat, bo wtedy nie muszę zderzać się ze spojrzeniem oczu innych. Moim jedynym ratunkiem w tamtym czasie była nie tyle co modlitwa, a sam Bóg. Pamiętam jak wyczerpana klęczałam zalana łzami. Nie pamiętam swoich słów, ale pamiętam, że prosiłam, aby moje cierpienie dobiegło końca. Byłam zrujnowanym dzieckiem. Zrobiłam to sobie sama. Nie wiem, czy bez terapii można pozbyć się zaburzeń odżywiania. Nie wiem, jak mój mózg nagle wyrzucił z pamięci te wszystkie dietetyczne zasady, ale został oczyszczony. Nie wiem, czy stało się to z dnia na dzień. Przecież to niemożliwe, abym obudziła się na drugi dzień jaki inny człowiek. Nie pamiętam, jak zaczęłam jeść. Nie pamiętam, jak przestałam patrzeć w lustro bez złości. Mam wrażenie, że to, co miało miejsce, było bardzo dziwne, a jednak prawdziwe. Niestety moja modlitwa nie była końcem moich problemów ze sobą, ale otworzyła drzwi, za którymi czekał na mnie inny świat. W tamtym czasie nie potrafiłam jednak jeszcze przez nie wejść. Po świetlnym okresie chudości przez kilka lat męczyłam się z efektem jojo i ponownym traceniem na wadze. Dopiero od trzech lata moja waga jest na mniej więcej stałym poziomie, co nie znaczy, że oponowałam jakąś magiczną sztukę kontrolowania swojego ciała. Pamiętam, że gdy przytyłam, bałam się natrafić na znajomych, którzy zapamiętali mnie chudą. Właściwie to bałam się spotkania z tą jedną osobą, ale nie sądzę, aby to był mój główny powód uników. Przecież toczyło się we mnie bardzo dużo rzeczy. Kiedy myślę o tym, jak bardzo chuda była, sama w to nie wierzę, bo nie potrafiłam obiektywnie ocenić sytuacji. Czasem myślę, o tym, że nikt poza mną nie pamięta tamtego czasu. Czasem sama zaczynam wątpić w to, że naprawdę miałam zaburzenia odżywiania, jeśli nie posiadam pieczątki od lekarza przybitej na kartce z diagnozą. Możliwe, że nadal pozostało we mnie trochę zachowań z tamtego okresu i dziwnie mieć w sobie myśl, że może to prawda - to co mówią w tych wszystkich filmach dokumentalnych, których obejrzałam setki - że anorektyczką zostaje się na całe życie. Nawet będąc wyleczonym, to zawsze jest w tobie i może wrócić przy odpowiednich złych warunkach rozwojowych. Nie potrafię jeść przy ludziach, choć może to wiąże się z tym, że nie lubię być obserwowana, jakbym bała się, że ktoś zbyt długi patrząc zauważy, że tak naprawdę nie ma we mnie nic pięknego i jestem odpychająca. Nadal nie akceptuję swojego ciała, choć z obecną utratą kilogramów, opakowania, czyli w ubraniu, czuję się całkiem komfortowo. Niestety, nie potrafię zaakceptować tego, co kryje się pod spodem. Myślę, że w wieku piętnastu lat zniszczyłam swoje ciało. Moja skóra straciła dość szybko jędrność jak na tak młody wiek, a teraz, gdy mam już o połowę więcej, jędrniejsza nie będzie. Samodyscyplina jaka towarzyszyła mi przy trzymaniu diety, uświadamia mi, że potrafię być twarda. Właściwie moje uparcie sprawia, że potrafię starać się nawet ze sznurem wokół szyi. Może ktoś spyta, czemu więc nie zrobię tego dla siebie i nie stanę się jedną z tych pięknych pań z instagramu, z idealnie wyrzeźbionym brzuchem i pośladkami? Czy moja wymówka, że szkoda pieniędzy na siłownię z trenerem personalnym (gdy marzniemy kolejny rok przez stare okna w mieszkaniu), a może wstyd i przebywanie z obcymi ludźmi, mnie zniechęcają? Te rzeczy wcale nie są problem. Wiem, że zaangażowałbym się w to całą sobą do tego stopnia, że wpakowałabym się w kolejne zaburzenia odżywiania, a obiecałam sobie, i może Bogu, że jeśli przetrwam, nie będę już wracać na tę drogę. A może i to jest wymówką? A może i tak to zrobię, ale po cichu, bez narzucania się innym, tak aby ktoś podszedł do mnie i przytulił i szepnął w ucho, że wyglądam ślicznie, a ja wtedy zarumienię się mocno, bo przecież nikt nigdy nie powiedział mi, że jestem piękna. Aż przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia i nie wierzę, że to napisałam. Moje myśli czasem wydają się nie moje. Naprawdę nie lubię takich sytuacji, które sprawiają, że nie wiem, jak się zachować, a gdybym usłyszała w czyimś głosie prawdę, że uważa mnie za piękną osobę, to chyba umarłabym jednocześnie ze wstydu i szczęścia. Wiem jednak, że to się nie wydarzy, bo unikam jak ognia takich sytuacji. Pewnie długo chorowałabym po takim wyznaniu. Schudłam trzy kilogramy i cieszy mnie tak bardzo, jakbym wygrała milion. Jem normalnie, mogłabym nawet rzec, że momentami niezdrowo. Ćwiczę, ale to raczej skakanie do ulubionych piosenek niż trening z prawdziwego zdarzenia. Tęsknię za rowerowymi przejażdżkami, a może za myślą, że gdybym teraz spędzała do ośmiu godzin na rowerze w tygodniu to schudłabym więcej niż te trzy kilogramy. Czasem nawiedza mnie irracjonalny lekki strach. Za każdym razem, gdy wspominam tutaj nawet o kilogramie w dół, mam wrażenie, że gdyby ktoś znajomy przeczytał taką informację i porównał z rzeczywistością, uznałby, że i tak jestem gruba i brzydka, i właściwie kogo to obchodzi, ile jem i jak to ma wpływ na cokolwiek. To prawda, że umysł osoby z zaburzeniami odżywiania mierzy swoje porażki i sukcesy kilogramami, i to prawda, że miewam w sobie złudne przekonanie, że jeśli potrafię kontrolować swoją wagę, to znaczy, że mam kontrolę nad swoim życiem, lub chociaż nad jedną rzeczą, kiedy reszta nie trzyma się niczego. Czasem mam wrażenie, że moje ciało nie pasuje do tego, kim jestem w środku; jakby nie łączyło się z moją duszą i przeszkadzało w wyrażaniu siebie. Moje ciało czasem nie istnieje. Czasem mam wrażenie, że aby wyrwać się z kręgu samo nienawiści, musiałam odciąć się od ciała. Pamiętam, jak to jest nosić w sobie nienawiść tak wielką, że jesteś nieustannie zmęczonym, ale nie pamiętam samego uczucia nienawiści. Przeszłam długą drogę, aby wyzbyć się tak skrajnych uczuć, ale nie nauczyłam się kochać siebie. Jeszcze nie przekroczyłam progu otwartych na oścież drzwi. Na razie nauczyłam się nie zauważać siebie i nie myśleć o tym, jak wyglądam zbyt często. Skupianie się na sobie wychodzi mi bardzo nie na zdrowie. Mimo wszystko myślenie o tamtych latach z perspektywy dnia dzisiejszego sprawia, że mam wrażenie, że jestem inną osobą. Może po to piszę o przeszłości, aby przypomnieć sobie, że przetrwałam coś, co wtedy wydało mi się nie do pokonania. Mimo to powinnam bardziej żyć tu i teraz, a nie odcinać się czymś, np. filmami, od dnia dzisiejszego. Ktoś mi o tym znowu przypomniał, a ja nie wiem, jak mam to zrobić. Zima jest w tym roku ciężka. Natomiast, jeśli chodzi o mojego przyszłego męża, o którym napiszę, gdy będę mieć siłę na te kilkadziesiąt stron, wyobraźcie sobie mnie jako żonę, która nigdy nie odkrywa swojego ciała przed mężczyzną swojego życia. Zbyt dobrze wiem, że żaden związek tak nie działa i brak samoakceptacji jednej ze stron nie buduje żadnego związku. Moja wizja jest taka, że aby dwie osoby były ze sobą szczęśliwą, każda z nich musi być szczęśliwa sama ze sobą, co dotyczy akceptacji swojego ciała, jak i umiejętności spędzania czasu w samotności, a nie zakrywania swoich kompleksów ciągłą potrzebą słyszenia komplementów, aby się upewni, że jest się wystarczająco dobrym. Wiecie kiedy ostatni raz miałam na sobie strój kąpielowy? Gdy chodziłam do podstawówki. Moje trzy kilogramy nic nie znaczą. Tu nigdy nie chodziło o liczby na wadze. Moje ciało nie istnieje nawet dla mojego przyszłego męża. Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek osiągnęła tak wysoki poziom emocjonalnego rozwoju, aby pozwolić dotknąć komukolwiek swojego nagiego ciała. Bo tu chodzi o to, że nie jestem w stanie uwierzyć nikomu w nic. Czasem nawet sobie nie wierzę. Dorosłe życie mnie nie bawi. Pisanie, a nawet mówienie o tym wszystkim co powyżej wydaje się proste, bo przerabiałam to już tyle raz, nie tylko ze sobą, ale w rozmowach z innymi, że mam wrażenie, iż ten cały wpis jest niepotrzebny. Myślę, że moment, w którym stanęłam na wadze kilka dni temu sprawił, że chciałam napisać o tym wszystkim, bo nie spodziewałam się, że ważę tak mało, a przecież czuję po wszystkich ubraniach, że coś się zmieniło. W święta nałożyłam spódniczkę, które rok temu była dopasowana, a teraz okazała się za szeroka w talii. Nie ukrywam, ucieszyło mnie to, nie różnie się pod tym względem od innych. Ale zastanawiam się, czy kiedykolwiek nastąpi taki moment, w którym spojrzę na swoje ciało i ludzką nagość łaskawszym okiem. Jak myślicie, moi nieistniejący czytelnicy, czy nadejdzie taka wiekopomna chwila?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz