26.01.2019

1019.

Dzisiejszy wpis będzie dedykowany moim rozbieganym myślom. W kolejce czeka mnóstwo tematów, ale prawda jest taka, że to trochę bez sensu. Niedawno uderzyło mnie, że moje chęci napisania o rzeczach naprawdę trudnych mogą się nie zmaterializować, bo lepiej milczeć do końca, zwłaszcza, jeśli wiele spraw nie dotyczy tylko mnie. Może nie potrafię być obrzydliwie szczera? Ale w tej chwili będę, muszę komuś wygarnąć, właśnie tutaj, mimo, że jedyna osoba, która czyta na bieżąco, i tak już słyszała tę historię. Mam wrażenie, że wymaganie toalety zamykanej na klucz to wymaganie cudu, więc tego nie wymagam. Rozumiem, że zarządzający miejscem nie widzą potrzeby, aby wstawiać nowe drzwi, które się nie zamykają, bo są napęczniałe od ciepła kaloryferów. Latem to się trochę zmieni, ale nadal to nie będą drzwi zamykane, tym bardziej na klucz. Jest nas tylko trójka, czasem nawet dwójka, więc jak ślepym trzeba być, aby nie widzieć, że jedna z osób poszła skorzystać z toalety? Rozumiem, że czasem jestem tam, ale jakby mnie nie było, ale bez przesady. Może gdyby ten ktoś sam gasił światło, gdy wychodzi z toalety, wiedziałby, że zapalone światło oznacza czyjąś obecność w środku, ale wygląda na to, że niektórzy nie potrafią myśleć. To nie zdarzyło się pierwszy raz, takie niekontrolowane wejście do środka. Wyobraźcie sobie, że przez taką żenującą sytuacją od roku mam problem z chodzeniem do toalety w tym miejscu? Więc co mam powiedzieć teraz, gdy moja trauma została pogłębiona drugim razem? Łazienka kojarzy się z miejscem, gdzie możesz się zamknąć i w spokoju odetchnąć, albo sobie popłakać, a potem wyjść, jakby nigdy nic. Dla mnie ta jedna jedna łazienka pozostanie miejscem przykrym i jak bardzo nienawidzę siebie za to, że nie potrafię podejść do tego inaczej. Mnie to już nie bawi. Nie potrafię się zaśmiać z myślą “och, jaki pech, hahaha, znowu otworzyłeś drzwi jak byłam w środku”. Jestem realnie zestresowana na każdą myśl o tym, że muszę pójść zrobić siku. Już nie wspominając o tym, że jestem kobietą i raz na miesiąc krwawię i naprawdę przeraża mnie, że nie mogę wejść, zamknąć się i zawyć z bólu. Nie mogę, bo łazienka jest połączona z pomieszczeniem tak, że słychać wszystko, a przecież te drzwi się nie zamykają. Pamiętam jak dziś te dni, gdy przez te cholerne spuszczane rybki toaleta zapychała się co jakiś czas. Wyobrażacie sobie w jakiej panice byłam, gdy woda nie chciała opaść wtedy, gdy miałam okres? Naprawdę nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Naprawdę czuję się jak świr. Czy wymagam za wiele? Co jest źródłem problemu - moje bijące serce, nad którym nie potrafię zapanować, czy niekomfortowe warunki? Tak jak wtedy, tak i teraz nogi ugięły się pode mną. Nie jestem facetem, który stanie tyłem i nawet nie zsunie porządnie spodni z tyłka, aby załatwić swoją potrzebę. Jestem kobietą. Nie stanę przodem do murku, gdzie przechodzą ludzie, i nie zacznę sikać. Moje każde wyjście do łazienki od roku jest jak strategiczna gra, musisz wykorzystać odpowiedni moment, aby mieć spokój. Kilka dni temu wiedziałam, że coś jest nie tak, więc czemu nie czekałam tam z założonymi na piersi rękami aż otworzą się nagle drzwi, aby powiedzieć mu, że wiedziałam, że to zrobi, że w ogóle nie myśli o tym, co się wokół niego dzieje i że nie mogę dłużej znieść,że w pierwszej kolejności robi to, co on musi, bo zwyczajnie nie myśli o innych. Nigdy nie myślałam o tym, że będę kogoś lubić coraz mniej z czasem. Zawsze obecność kogoś nowego w moim życiu sprawiała, że jeszcze bardziej moje serce lgnęło do tej osoby, a tymczasem jestem już okropnie uprzedzona i mam cichą nadzieję, że on też mnie nie lubi. Oczywiście się popłakałam. Jak mogłabym inaczej zareagować na tak żenującą sytuację, jak zobaczenie mnie korzystającą z toalety? Raz przyjaciółka wspomniała mi o tym, że gdy jej mąż korzysta z toalety, ona w tym czasie chce umyć zęby, albo zrobić coś przed lustrem, i to robi, dopóki mąż nie wygania jej w momencie, w którym potrzebuje się bardziej skupić. Pamiętam, jak mnie to uderzyło, że tak można, wpuścić kogoś do łazienki, gdy ty musisz z niej skorzystać. Jak ludzie osiągają z kimś taki rodzaj bliskości? To jeden z powodów, dla którego zdecydowałam nie mieć męża, o którym napiszę kiedyś, gdy wystarczy mi sił na te sto stron smutku. Dzisiaj słuchałam tak piękniej konferencji na temat związków (sama nie wiem, czemu czasem się tak torturuję), że aż mnie coś ścisnęło w żołądku i pomyślałam, że właśnie dlatego to nigdy ze mną nie zadziała, bo jestem już zmęczona, a mam jeszcze tyle do naprawienia w sobie, że nie starczy mi życia na odnalezienie siebie, aby być czyjąś wymarzoną kobietą. Tymczasem jestem kobietą, która nie może spać w nocy, bo ktoś wlazł jej do kibla i ostatecznie ta kobieta jest zła na siebie, że nie umie tego rozegrać inaczej niż kolejną traumą. (Zawsze marzy mi się bycie osobą, do której lgną inne osoby, bo jest tak pozytywna i zabawna i ma wszystko w nosie, tymczasem mój umysł reaguje inaczej, więc jestem sobą zawiedziona, bo tak trudno być sobą i tak trudno żyć poza sobą, w realnym świecie, tak trudno być dla innych, kiedy chce się uciec od świata.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz