11.01.2019

1017.

Pierwszy wpis w tym roku. Naprawdę chciałam zacząć pozytywnie, ale widocznie nie potrafię inaczej, albo nie potrafię się postarać lepiej. Nie sypiam dobrze, a moje uszy chłoną wszystkie denerwujące dźwięki z otoczenia, więc kładę się spać przygnębiona, jakbym wypatrywała momentu, w którym już nie dam rady. Chciałabym, aby moje wpisy były sensowne, poukładane tematycznie, nawet wiem, o czym chciałabym napisać, o tych wszystkich rzeczach, które siedzą we mnie, a o których nie wspomniałam  nigdy wprost. Chciałabym przejść przez to ostatni raz i na zawsze zamknąć pewne sprawy; szczególnie jedną. Tylko czy potrafię? Pytam siebie, jakbym nie znała odpowiedzi. Chciałabym też zrozumieć siebie. Choć nie wiem, czy naprawdę potrzebuję być obrzydliwie szczera, tutaj, gdzie moje słowa będę krążyć na zawsze w obiegu, kiedy mnie już nie będzie. To duża odpowiedzialność zostawiać po sobie coś na zawsze; z tego zawsze może wyjść dużo nieporozumień. Chciałabym, aby ten rok był rokiem ostatecznym, choć jeszcze nie wiem, w jakim sensie. Tak naprawdę planowałam już w pierwszym wpisie poruszyć konkretny temat, ale wchodzi na to, że wszystkie inne muszą poczekać, bo oto prawie codziennie mam załamanie nerwowe z powodu szumów usznych. Nie mogłam gorzej zacząć tego roku, to znaczy mogłam, tak jak większość świata - kacem - tymczasem męczę się sama ze sobą, tylko dlatego, że ktoś trzy lata temu postanowił mnie zaskoczyć wybuchem. Ile razy będę wracać do tego momentu z sercem pełnym żalu? Nieszczęśliwe wypadki zdarzają się codziennie. Nie pytam dlaczego ja, pytam czemu nie potrafię się z tym pogodzić. Mój wyrzut nie jest jednak złością jest smutkiem. Smutno mi Boże, wiesz? Wcale nie chodzi o to, aby zdarzył się cud i to zniknęło, chcę być po prostu silna, aby moja wiara przenosiła góry. Tak bardzo pragnę stać się osobą, która potrafi z tym żyć, a tak bardzo mi nie wychodzi, aż po moich policzkach ciekną wodospady łez i zaraz przypominają mi się wszystkie bolące miejsca w mym sercu, i czuję się zmęczona, bo ile można upadać, a przecież to nie tak miało być. Jeden krok do przodu, dwa do tyłu - czemu tak to wygląda? Przez wiele lat kładłam się spać z myślą, że tylko sen przynosi ukojenie. Był oddechem od tego, co za dnia mnie dobijało. Był ucieczką od problemów; był tym, czego najbardziej pragnęłam - namiastką nieistnienia. Pamiętam lata, gdy zasypiałam zapłakana i wyczerpana, ale pamiętam też noce, gdy leżałam rozbudzona i bałam się, sama nie wiem czego, ale towarzyszyło mi wrażenie, że zaraz umrę, jeśli coś nie zmieni się w moim życiu. To dziwne kłaść się spać teraz, mając w pamięci tamte noce. Owszem, sen jest dla mnie ukojeniem jak dawniej, ale obecnie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wiem, że nie rozwiąże moich problemów. Budzę się z rana do świata bez ciszy. Najbardziej brakuje mi ciszy. Nie pamiętam, co to cisza i jak wielkie przynosi ukojenie myślom. Zawsze jestem otoczona dźwiękami; jeśli nie dobiegają ze świata, to brzęczą w mojej głowie. Gdy zamykam oczy mam wrażenie, że moją głowę ściska obręcz szumu i pisku. Bywam przez to rozdrażniona. Czasem nie jestem w stanie włączyć ulubionej piosenki, bo melodia wwierca mi się w głowę. Nie muszę już wspominać o tym, że zdarza mi się płakać na myśl o tym, że omija mnie życie rozrywkowe, głównie koncerty, bo na tym zależało mi najbardziej. Jestem też na siebie zła, że coś tak nieważnego w odniesieniu do ostatecznego przeznaczenia każdego człowieka sprawia, że mój nastrój spada. W ogóle wyobrażacie sobie mnie na swoim własnym weselu bez muzyki, bo przecież huczne wesele byłoby za głośne? Wyobrażacie sobie mojego męża, który musiałby poświęcić się dla mnie aż tak? Ale o moim przyszłym mężu też będzie, poczekajcie tylko aż znajdę w sobie siłę do napisania tych kilkudziesięciu stron. Nie ma lekarstwa na szumy uszne. Niezależnie od tego, ile wydałabym na to pieniędzy, i jakich specjalistów bym odwiedziła, nikt nie został wyleczony z tej nieprzyjemnej dolegliwości. Nie chcę też, aby opętało mnie dążenie do celu po trupach. Nie chcę poświęcić całego życia na szukanie lekarstwa, aby na końcu stwierdzić, że przegrałam, a do tego zamiast żyć próbowałam dążyć do czegoś, co pochłonęło moją energię, czas i pieniądze (których i tak nie mam na specjalistyczne próby leczenia), a w rezultacie okazało się marnością i gonitwą za wiatrem. Poza tym nie jestem w stanie czytać więcej wypowiedzi na różnych forach, bo robi mi się bardziej przykro. Podczas takich wędrówek dowiedziałam się, że ktoś żyje z tym dwadzieścia lat, i od razu zbiera mi się na płacz, bo w normalnych warunkach dwadzieścia lat życia to dla mnie za dużo życia, a co dopiero w wiecznym hałasie. Wiecie, że po śmierci choroby nie istnieją? Wiecie, jak to miło będzie umierać ze świadomością, że wszystko minie. Wiecie, że nie ma przypadków wyleczenia szumów usznych, ale są przypadki uzdrowień. Wiecie, że niezależnie od tego, czy wierzycie w cuda, lub nie wierzycie w nic, cuda się zdarzają. Chyba piszę to bardziej do siebie, bo nie liczę na cud, nawet nie wiem, czemu miałabym zasłużyć, i jak potem miałabym z wdzięczności podzielić się z nim całym światem, jeśli żyję z dala od świata. Uzdrowienie w moim przypadku byłoby tylko wspieraniem mojego egoistycznego istnienia. Prawdopodobnie nie wydarzy się cud, ale liczę, że wszystkie przemodlone dni przyniosą mi siłę, aby przetrwać. Gdy myślę o swoim życiu, to naprawdę przykre, ale w większej części opierało się na przetrwaniu i teraz znowu takie się staje. Przetrwać każdy dzień, aby nie zwariować. Boję się stracić kontrolę nad sobą. Jak to jest, że jednego dnia wiedziesz normalne nudne życia, a drugiego mówią o tobie w głównym wydaniu wiadomości, bo rozlała się krew? Przerażają mnie takie historie, zwłaszcza, że wiem, jak to jest nie poznawać siebie. Nie chcę nigdy wracać do tamtych czasów, zwłaszcza, że bycie samemu z ciężarem, gdy wiesz, że nikt cię nie zrozumie. A nawet jeśli znajdziesz odwagę, aby wydukać kilka słów wyjaśnienia, to niczego nie zmieni, bo na końcu zostaniesz tylko ty i bezradni, którzy nie wiedzą jak ci pomóc. Miałam kilka dobrych dni. Może dlatego, że usilnie próbuję nie pamiętać, że coś mi dolega i wzywam wszystkich świętych w Niebie, aby wstawiali się za mną.. Próbuję oszukać siebie, swój mózg, próbuję się samouzdrowić, udawać, że nic mi nie jest. Aby potem przejść załamanie wewnętrzne, gdy ktoś naprawia przy mnie stolik i używa do tego wiertarki, a ja zamiast wyjść z pomieszczenia, siedzę w panice i wstyd mi zasłonić uszy, bo nie chcę tłumaczyć każdemu z osobna, co mi dolega. Nawet dźwięk upadającej na podłogę łyżeczki to dla mnie za dużo. Pytam też siebie, czy brak szumów usznych sprawiłby, że wiodłabym lepsze życie? Pytam siebie, czy szumy uszne są przyczyną, która sprawia, że nie będę już szczęśliwa? Pytam siebie, co mam robić i Ty dobrze wiesz, Boże, że nie mam pojęcie. To jest niezmienne od lat. Nie wiem, co mam zrobić z tym, co zwie się moim życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz