9.03.2019

1025.

Telewizję zdarza mi się oglądać tylko w weekendy i czasem lubię przysiąść nad tymi wszystkimi programami, które kłamią, że wystarczy zmiana wyglądu, a wszystko zmieni się dookoła. Lubię oglądać te programy, które pomagają, nie tylko kobietom, wyładnieć, jakby to było najważniejsze, bycie ładnym, ale jeśli zastanowimy się nad tym przez chwilę, ładni ludzie mają w życiu po prostu łatwiej i tu nie chodzi o odbiór otoczenia, ale o to, że gdy samemu czujesz się ładnym, zyskujesz pewność siebie, która pozwala iść przez niepewne życie. Mnie natomiast zastanawia, czemu ludzie od zawsze dzielą wszystko na ładnie i brzydkie, i czemu nasze oczy nie widzą wszystkiego jako piękne, i czemu akurat mi przytrafiło się bycie brzydkim, co gorsza, zewnętrznie i wewnętrznie (patrzy wszystkie wpisy tutaj, nie wiem jak ktokolwiek mógłby ze mną wytrzymać, gdyby musiałby zmierzyć się na co dzień z takim chaosem). Gdy byłam młodsza, oglądałam programy o przemianach ludzi i wyobrażałam sobie, że jako szesnastolatka jestem tą szczęśliwą wybranką, która udaje się do programu, aby zrobili jej odsysanie tłuszczu. To naprawdę było głupie z mojej strony myśleć, że ktokolwiek zgodziłby się na taki zabieg u tak młodej osoby, która przecież może ruszyć swój tyłek i zwyczajnie poćwiczyć, aby ten tłuszcz spalić. Właściwie wtedy ucieszyłabym się, gdyby zmienili we mnie cokolwiek. Myślę, że po okresie prawdziwych załamań związanych z własnym wyglądem, kiedy nie potrafiłam patrzeć w lustro bez wybuchów płaczu, nauczyłam się w jakiś sposób akceptować siebie. Po czasie nie chodziło już o to, abym stała się ciemnowłosą szczupłą pięknością o przejrzystych błękitnych oczach z czyichś snów, z czasem zaczęło chodzić o to, abym stała się kimś całkiem innym. Nie chciałam innego wyglądu, chciałam narodzić się na nowo. Tak naprawdę ci ludzie w tych wszystkich programach o przemianach przychodzą tam, bo ich głównym problemem nie jest wygląd, ich problemy odbijają się w ich wyglądzie. Przestali dbać o siebie po różnych ciężkich sytuacjach i z czasem przestało zależeć na wielu rzeczach, a głównie na sobie. Myślę, że ludzie, którzy nigdy nie stracili pewności siebie, zachowali to co najlepsze. Kiedy ktoś zaczyna mówić o sobie źle, zaraz słyszy protest innych, że to nieprawda, że nie wolno tak siebie poniżać i że należy kochać siebie przede wszystkim, aby móc obdarzać miłością innych. Wygląd to tylko dodatek do wewnętrznego piękna, które powinno od nas bić. Nie wiem, czy jestem ładna. Oczywiście mój umysł podpowiada mi tylko jedną odpowiedź. Mój obraz siebie jest zniekształcony od najmłodszych lat przez różne sytuacje i właściwie zawsze jestem zagubiona, jeśli chodzi o rozeznanie tego, kim jestem w oczach innych. Staram się o tym po prostu nie myśleć, bo mam wrażenie, że zaraz zaleje mnie fala pomyj. Najważniejsze powinno być to, kim jesteśmy sami dla siebie, ale tutaj też stąpam po niepewnym gruncie. Przez większość czasu jestem przekonana o tym, że po prostu już nie istnieję. Mój mózg działa naprawdę dziwnie. Dzisiaj oglądałam kolejny z tych programów o przemianie i pomyślałam, że to wszystko jest ustawiane. Nikt nie zmienia tak szybko i nowy wygląd może daje lepsze samopoczucie, ale gdy kamery zostają wyłączone i wracamy do domu z dala od tych wszystkich specjalistów i trenerów, którzy dopingują nasze działania i mówią, że jesteśmy wspaniali i możemy wszystko, magia pryska. Wsparcie innych daje dużo, ale inni nie mogą być przy nas zawsze, a u mnie inni bywają rzadko i nikt nie trzyma mojej ręki, gdy mi ciężko. Dzisiaj oglądałam najgorszy rodzaj z tych wszystkich programów, bo takie przemienione osoby umawiali na randki. Umawianie kogoś z kimś obcym tylko po to, aby przetestować daną osobę wydaje mi się przerażające. Pójście z kimś gdzieś, jeśli nawet nie wiesz, czy polubisz daną osobę, jest dziwne, albo sama jestem dziwna. (Bardzo możliwe że to drugie.) Dwudziestosiedmioletnia kobieta przestała chodzić na randki po szesnastym roku życia, bo ktoś złamał jej serce. Zdarza się, prawda? A potem ten całkiem sympatyczny prowadzący, który pomagał tej dziewczynie (czy mógł mieć coś ze stereotypowego geja, będącego idealnym przyjacielem kobiet?), przeżył szok, że przecież jedenaście lat bez randkowania jest nie do przyjęcia a tym bardziej stracenie dziewictwa w wieku dwudziestu sześciu lat to w ogóle już średniowiecze. Nie wiem, co pomyślałby ten prowadzący na temat moich “historii miłosnych”, ale oglądając takie programy mam wrażenie, że jestem naprawdę ze świata, który już dawno runął, tylko ja zapomniałam zniknąć razem z nim, przez co się męczę, nie mogąc odnaleźć się w dzisiejszych realiach. Myślę, że najgorsza rzecz, jaka mogła mi przyjść do głowy po tym programie, to chęć pójścia na randkę, ale taką z prawdziwego zdarzenia, na jakiej jeszcze nie byłam nigdy, bo nie byłam na żadnej, a jestem starsza od bohaterki wspomnianego programu. (Może naprawdę jestem tak odpychająca, że właściwie nie ma się czemu dziwić? W sumie to jestem dobra w odcinaniu od siebie ludzi, którzy wymagają ode mnie nierealnego.) Na randkę musiałbym umówić się z kimś, kogo lubię (a obowiązkowo z kimś, kimś kogoś zna, może być tylko z okładek gazet), a że wszyscy, których lubię tu nie ma, a nawet mogą nie wiedzieć, że ktoś taki jak ja istnieje, sprawia, że jestem w sytuacji przykrej i trudnej do przeskoczenia. Tym bardziej skomplikowana staje się sytuacja, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że chciałabym pójść na randkę, która nie byłaby zapowiedzią czegoś, co miałoby być kontynuowane. Mi po prostu przyszło do głowy, że miło byłoby zrobić coś, czego nigdy nie robiłam. Ale teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się to bardzo nierozsądne z mojej strony chcieć takich rzeczy, które ostatecznie nie są do niczego potrzebne, bo aby żyć trzeba tylko chleba i wody, a żeby mieć w sobie życie potrzeba Ducha.  Wiem, jak wielki stres uderzyłby we mnie z okazji takiej randki, bo przecież doszło już do tego, że stresuje mnie każdy kontakt z człowiekiem, taka dzika jestem i prawdopodobnie przed spotkaniem uaktywniłoby się we mnie każde z wcieleń, które posiadam, więc śmiałabym się i płakała na przemian, a potem dostałabym rozstroju żołądka. Na końcu uznałabym, że zdecydowanie mi odbiło i co ja w ogóle wyprawiam, jeśli wszystkie romantyczne akcje wywołują we mnie skręt kiszek i mój poziom romantyzmu wynosi 0,1%. A potem okazuje się, że patrzę na takiego M., który jest bardzo romantyczny i jestem jeszcze bardziej zagubiona, bo ściska mi serce, gdy widzę, że jest bardzo troskliwy, a gdy ktoś prosi go o zrobienie czegoś “cringy” (przetłumaczenie tego słowa na polski nie oddałoby jego mocy), on bez oporów to po prostu robi, wiedząc, że komuś sprawi tym radość. Czy ktoś nie mógłby spleść ze mną swojej dłoni i trzymać tak długo, dopóki nie przestałoby mi się zbierać na wymioty? Właściwie zrobiłby to dla mnie M., ale on przecież nie istnieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz