Minęło pięć dni i tylko jednego wygrałam ze sobą. Chciałabym nie mieć twarzy i myśli. Przez ostatnie dni spędziłam bardzo mało czasu przed komputerem jak na kogoś, kto regularnie od dziesiątek lat odcina się w ten sposób od rzeczywistości. Zmieniłam dietę, zwiększyłam ilość ćwiczeń razy dwa, zaczęłam przed pracą przekraczać drzwi kościoła. No i co z tego? W domu znowu jestem sobą, taką, jaką nie powinnam być nigdy. Im bardziej się staram, tym bardziej nic mi nie wychodzi. Nie potrafię wytłumaczyć tego, jak funkcjonuje mój mózg. Mam wrażenie, że obracam się w jakimś śnie - na wszystko patrzę przez mgłę. Jestem tutaj ciałem, ale myślami jestem daleko w przeszłości, mam piękną cerę, zgrabną figurę, potrafię tańczyć (nauczyłam się kolejnego układu, ale co z tego jak moje ciało nie potrafi tego zatańczyć), mam dobre myśli, ktoś mnie kocha i ja potrafię kochać, jestem najbrzydszą dziewczyną na świecie, ale mam w sobie tak ogromną światłość, że rozpromienia mnie od środka i jestem piękna w oczach innych. Jestem też gdzieś daleko, w miejscu, gdzie czuję się jak w domu i wiem, że można zacząć od początku tak, jakby nigdy nic się nie stało. Nie, naprawdę to chcę mieć tylko ładną cerę. Czemu zawsze chcę rzeczy, których nie mogę mieć? Wiecie jak to jest nosić w sobie jakieś ciche życzenie, które nigdy nie zostaje spełnione? Mam wrażenie, że cała jestem wypchana takimi życzeniami, więc udaję, że nie mam żadnych życzeń, aby co chwilę nie płakać. Jestem zmęczona, wiem, że Ty też. Kto nas uratuje, jeśli Niebo milczy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz