Wczoraj była zapierająca dech w piersiach pełnia. To przez ten księżyc nie mogłam spać cały tydzień i również we wczorajszą noc nie mogłam zasnąć. Zupełnie nie mam w zwyczaju siedzieć i wpatrywać się w księżyc, a jednak wczoraj wyszłam na dwór. Było tak przyjemnie ciepło i duszno i ten ogromny pomarańczowy księżyc. Przykucnęłam i wpatrywałam się w jego blask, próbując uspokoić swoje serce. Życie w tamtym momencie wydało się dziwne i tylko pokręciłam głową z niedowierzaniem, karcąc się w myślach za swoje pomysły. I dotarło do mnie po raz milionowy, że nie powinnam już nic robić, a jednak ciągle nie potrafię się uspokoić, bo to tak, jakbym chciała zapomnieć, że jestem człowiek, który nadal żyje i którego mimo wszystko ciągnie do prawdziwego życia pełnego przeróżnych emocji. Kiedyś byłam u spowiedzi, nie wiem, czy był to ten rok, czy może końcówka poprzedniego, i usłyszałam, że “wszystko będzie dobrze”. Uderzyło mnie to bardzo mocno. Często wracam wspomnieniem do tamtego momentu. Nigdy nie myślałam, że moje wyobrażenie o tym sakramencie przełamią słowa, których chyba w tamtym momencie bardzo potrzebowałam. Później przyszła kolejna spowiedź, naprawdę uderza mnie, że w konfesjonale można usłyszeć “dziwne słowa”, ale jeśli to mówi Bóg, i mówi mi, że ludzkie relacje powinny być też spontaniczne i odrobinę szalone i nie powinnam żyć w wirtualnym świecie, to coś we mnie pęka. Czemu więc czuję się winna, jeśli wyciągam rękę do każdej realnej osoby? Moje próby są tak nieśmiałe i niedorzeczne, że jest mi jeszcze trudniej to wszystko pojąć. Nie chcę, aby to zaczęło układać się inaczej, chcę zrozumieć dlatego układa się właśnie tak jak teraz. Rozmowa telefoniczna z koleżanką - najlepszą na świecie koleżanką - naprawdę mi pomogła i jeśli ktoś powiedziałby mi rok temu, że będę na spokojnie rozmawiać przez telefon z kimś, kogo widziałam dwa razy w życiu, nigdy bym w to nie uwierzyła. Zrobiło mi się lżej, aż do dzisiejszego poranka, i naprawdę nie rozumiem, czemu najbliższe pół rok to będzie dla stres w dawkach śmiertelnych, a tylko dlatego, że z dwojga złego wolałam cierpieć z pieniędzmi niż bez nich. Już chyba wszyscy powiedzieli mi, że schudłam, myśląc chyba, że to za sprawą magicznego zaklęcia, a mnie po prostu zżera stres. Mam wrażenie, że z wiekiem rozwijam nowe autodestrukcyjne zachowania. 90 % moich myśli jest nielogiczna do bólu. Jednego dnia sens mojego istnienia wyznacza spotkanie z tobą, a innego boję się śmierci i tego, że nie robię nic poza myśleniem o życiu, którego nie mogę mieć, bo nie wiem, jak zacząć żyć “na pełnej petardzie”, jak powiedziałby pewien dobry człowiek. Do tego ten cały stres związany z myślą, że nigdy nie znajdę pracy, która nie będzie pogłębiać moich fobii społecznych. Naprawdę myślenie o tym, że nigdy nie będzie lepiej skutecznie sprowadza mnie na złą drogę. Ktoś kiedyś napisał mi takie słowa: “Może być tak, że zwyczajnie nie wiedzą, że mogliby być tu i teraz dla Ciebie - ale gdyby wiedzieli, że mogą, że tego chcesz, to zrobiliby to. Nie rozwijam dalej, bo jednak poczucie, że ingeruję w coś, czego nie znam jest zbyt silne, ale moje główne dwie rzeczy zostały wypowiedziane: zasługujesz na to, czego nie chcesz wymagać i być może ktoś jest chętny ci to dać, tylko o tym nie wie!” Dzisiaj znalazłam ten urywek wiadomości zachowany w moim internetowym notatniku i zaczęłam płakać, pewnie ze smutku, bo i nie jest prawdą. Chciałabym, aby tak było, ale ludzie…oni naprawdę nie mogą znieść tej żałosnej wersji mnie, dlatego ich tu nie ma, a mi brak odwagi, by wpychać się na siłę. Jesteśmy dorośli. Nikt nie będzie zajmował się pocieszaniem mojej dziecięcej zagubionej duszy Wiem, że to cholernie męczące, tak jak ich życie, które muszą przeżyć. A jednak nadal chciałabym, aby ktoś spędził ze mną trochę czas, po prostu siedząc i patrząc mi w oczy bez obrzydzenia, i wziął za rękę i powiedział, że wytrwam w tej pracy jeszcze trochę, a potem znajdę w sobie siłę, aby poszukać lepszej. Naprawdę chciałabym tego wszystkiego, czego nie mogę mieć, a nie mogę mieć, bo… tak, bo to moja wina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz