19.05.2019

1033.

Zrobiło się ciężko, ale tradycyjnie nie potrafię dojść do tego, co mi ciąży, więc to pewnie tylko życie. Obejrzałam ten film, który obejrzała już chyba cała Polska (nie licząc Katarzyny N., pozdrawiam ciepło), i pomyślałam, że świat powinien się już skończyć. Moje wszystkie problemy przy tych tragediach bledną, a jednak moje egoistycznie istnienie nie potrafi o nich nie myśleć, o tych problemach właśnie. Nie wiem, jak ci ludzie są w stanie żyć dalej. Nie chcę o tym teraz dyskutować, nie chcę bawić się w psychologa, ani wypowiadać się na temat filmu. Nie o to mi chodzi. Po prostu nie wiem, jak ci ludzie znaleźli w sobie siłę, aby trwać dalej przy takich ciężkich przeżyciach, podczas gdy mi chyba (?) nie przydarzyło się nigdy nic tak traumatycznego, a mimo to moje życie urasta do rangi ogromnego problemu. I w dalszej części zobaczycie, jaki mam problem i jak w zestawieniu z tym filmem (a nie powinnam robić taki porównań), widać, że mam po prostu nie po kolei w głowie. Poza tym ten film pokazuje coś innego; coś, czego się boję. Niektórzy oprawcy uważali, że nic złego się nie stało, że właściwie to nie miało znaczenia. Pomyślałam, że zwymiotuję z przygnębienia, a potem przestraszyłam się tego, że może sama taka jestem. Nie chodzi jednak o nic związanego z seksualnością, nieczystymi myślami, czy czynami. Przeraża mnie sam mechanizm myślenia; przekonanie, że naprawdę nie robisz niczego złego, podczas gdy świat wie, że to, co robisz jest obrzydliwe. Jak można mieć w sobie głębokie przekonanie, że coś złego nie jest złem i nie krzywdzi innych? Mam wrażenie, że każdy mój wpis tutaj jest krzywdzący i moje myśli są po prostu złe i nie powinnam ich mieć. Z drugiej strony jestem przekonana, że mogę myśleć i czuć wszystko, co miesza się we mnie, i mogę tutaj być obrzydliwie szczera, jeśli nie robię nikomu krzywdy. Ale czy już sama intencja nie jest czymś złym? Źle mi z tym wszystkim, co noszę w sobie. Nic chcę być taka, jaka jestem, a jednak nie potrafię być inna. Czy to nie głupia wymówka? Czas płynie tak szybko. Chcę już nie żyć, ale nie chcę umrzeć. Nie mogę skupić myśli. Czemu nie opuszcza mnie wrażenie, że już przegrałam i niezależnie od tego, jaką decyzję podejmę, będzie po prostu źle? Skąd to wszystko się we mnie bierze? Z przeszłości, która goni mnie jak cień? Czemu próbuję z tym wygrać, choć wszechświat pokazuje mi, że nigdy z tym nie wygram? Siedzę i tak “poważnie” rozmyślam nad sensem swojego istnienia, a tak naprawdę mam jeden główny problem, który pojawił się wraz z otrzymaniem zaproszenia na wesele. Jak mnie to bardzo stresuje, nawet nie macie pojęcia. Co gorsza pochłania 90% moich myśli, a to jest już niedorzeczne. Może nie przejmowałbym się tym tak bardzo, ale to jedno zaproszenie pokazuje, jak bardzo przykre mam życie, pewnie na własne życzenie. Do tego generuje wiele głupich problemów, rozmyślań i smutków, i niewiele da się z tym wszystkim zrobić, trzeba to jakoś przeżyć. Ostatni raz na weselu byłam u przyjaciółek. Gdy wracam wspomnieniami do tamtych dwóch imprez, jestem przygnębiona. Były dla mnie dwa stresujące i krępujące wieczory, starałam się nie być sobą, czyli udawać, że wszystko jest w porządku, ale i tak mam żal do siebie, że nie spisałam się jako przyjaciółka. Nie tak to wyglądało w naszych dziecięcych marzeniach. Na zbliżające się sierpniowe wesele najchętniej bym nie poszła i to wcale nie dlatego, że nie chciałabym się zbawić. To będzie smutny dzień, tym smutniejszy, że znowu będę musiała udawać kogoś kim nie jestem. Moja bliższa i dalsza rodzina zawsze szaleje na imprezach, za to moi domownicy są chyba ostatnimi osobami, które bawią się przy takich okazjach. Rodzinne wyjście w naszym wykonaniu to zawsze powrót do domu z zepsutymi humorami, tak działamy na siebie nawzajem. Moja matka będzie przeżywać każdy kieliszek alkoholu, jak na żonę alkoholika przystało, a mój brat na złość wypije za dużo. Ale to może się nie zdarzyć, bo ten właśnie brat planuje nie iść i ciocia śmiertelnie się na niego obrazi, jako że to nasza bliska rodzina, z którą mamy regularny kontakt. Możliwe, że mój drugi brat nie pójdzie wcale, jeśli dostanie się na wybraną uczelnię. Jeśli żaden z moich braci nie pójdzie, na wesele trzeba będzie wybrać się autobusem i niesamowite, że będę musiała wziąć ze sobą walizkę. Wyjazd z domu, a potem powrót do niego po męczącym wieczorze i wypłakanie się w swoim łóżku to najlepsze, co mogłoby mi się przydarzyć. Jeśli będę musiała zostać na noc w domu panny młodej… Naprawdę nie chcę przez to przechodzić, dla mnie to wszystko niekomfortowe i stresujące, przecież mam tylko 5 lat.  Będąc wśród obcych ludzi nie potrafię nawet pójść do toalety zrobić siku, bo mi zawsze głupio, sama nie wiem czemu. Chyba to wszystko dlatego że nie lubię zwracać na siebie uwagi. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą i pierwszy raz w życiu nie chciałabym pójść sama. Niestety myśl o tym, że miałabym wciągać kogoś w niekomfortową sytuację, skutecznie wybija mi wszystkie pomysły z głowy. Choć pójście z kimś to sposób na odcięcie się od reszty. Byłam sama na wszystkich weselach, nie licząc jednego, kiedy zaprosił mnie kolega z klasy, i pójście z kimś to wielki ratunek. Pójście samemu to najgorsze przekleństwo. Jest stresująco, smutno i każdy patrzy na ciebie z politowaniem i musisz dodatkowo odganiać się od wszystkich adoratorów, którzy jakimś cudem też przyszli sami i zostali posadzeni akurat obok ciebie. Nie miałabym z tym większego problemu, gdybym nie była aspołeczna, introwertyczna i akurat “nie zakochana” w kimś, kto nie istnieje. (Lee Minhyuk przecież nie rzuci dla mnie wszystkiego.) Pójście z kimkolwiek to też wpakowanie się w sytuację, którą mogę odchorowywać długo. W tym wszystkim uderza mnie jednak to, że nawet ktokolwiek nie istnieje. Nie istnieje ani jedna osoba, którą mogłabym zaprosić. Nie mam żadnego kolegi. Nie wiem, jak to się stało, a może dlatego, że żaden nie potrafił się ze mną KOLEGOWAĆ, a na końcu wyszło, że nie potrafię się kolegować z tym ostatnim. Naprawdę “użyłabym” Cię jako deskę ratunkową, ale wiem, że i tak odmówisz, tak jak odmówiłeś wtedy i wtedy, a ja dobrze będę przeczuwać prawdziwa przyczynę. Pewne rzeczy muszą pozostać takie jakie są. Będę zawsze chodzić na wesela znajomych, samej pozostając starą panną, nosząc w sobie pytanie, czemu nie umiem tak jak inni być z kimś. Może dlatego, że nie potrafię kochać, a wszystkie związkowe obyczaje wydają się tak obce, że aż przerażające. Kogo mam za to winić? Mogę tylko siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz