Przemyślałam wiele podczas ostatnich dni, tak wiele, że jestem zmęczona, zestresowana i nie rozwiązałam ani jednego z problemów. Chyba za karę moja twarz pokryła się wrogami i nie pozostaje mi nic innego, jak płacz nad własnym obrzydliwym wyglądem (bo nad obrzydliwym sercem szkoda już wylewać łzy.) Próbuję zrozumieć siebie, ale wszystko co widzę to prześladujące mnie rady typu “uśmiechaj się, nikt nie lubi nieszczęśliwych ludzi” , “uśmiechaj się bo może ktoś zakocha się w twoim uśmiechu”, “uśmiechaj się bo tak trzeba, świat nie akceptuje innych ludzi”, “uśmiechaj się i nie mów o tym, co leży ci na sercu bo po co robić kłopoty innym”, “uśmiechaj się mimo wszystko, ale to nie tak że masz udawać, ale się uśmiechaj”. Uśmiecham się więc na przekór wszystkiemu. Idę i mijam ludzi, od których najchętniej bym uciekła, ale mijam ich z uśmiechem, a potem za rogiem zaczynam płakać, bo czuję się jak kłamca. Mówię komuś z uśmiechem, że wszystko w porządku i jakoś to będzie, a potem wypłakuję cały ciężar dnia, gdy kładę się do snu. Najgorsze jest to, że w większości przypadków nie wiem, czemu płaczę i czemu jest mi ciężko na sercu. Jestem strasznie zagubiona i nie boję się do tego przyznać. Niestety przyznanie się przed sobą nie sprawi, że wszystko zacznie się układać. Powiedzenie o tym komukolwiek nie sprawi, że ten ktoś rozwiąże zagadkę mojego życia za mnie. Oglądam właśnie filmik i autor każe mi się zastanowić nad tym co sprawia, że żyję. O, a teraz mówi, abym wzbudziła w sobie jakieś pragnienie czy marzenie, które sprawi, że poczuję się żywa. Mam ożyć w tym tygodniu, pomyśleć o jednej rzeczy. Moje myśli biegną do ludzi, przy których czuję się żywa, ale tych ludzi nie ma i nie będzie w moim życiu. I tutaj zaczyna się wszystko to, co mnie dręczy, każde pytanie o to, czemu jest tak, a nie inaczej, a na końcu dochodzę tylko do jednego wniosku - sama jestem sobie winna. Ludzie odeszli, bo przestałam się uśmiechać i skomplikowałam wszystko tym, co skomplikowane we mnie i czego nie potrafię rozwikłać. W tym tygodniu, który zacznie się już jutro, mam zacząć żyć, odstawić wszystko na bok i żyć, ale jutro poniedziałek i wrócę do pracy, bez której mi tak dobrze, bez tego stresu, ale myślenie o zmianie pracy stresuje mnie podwójnie. Myślę o swojej przeszłości i nie czeka mnie w niej nic poza stresem w dawkach zabijających. Mam ożyć w przyszłym tygodniu, a co jeśli w przyszłym tygodniu powinnam umrzeć? Przeczytałam “Podział Ostateczny” C.S. Lewisa i nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo to wszystko błędnie działa w moim życiu. Myślę, że w dużej mierze to ta książka mnie zestresowała. Teraz jeszcze bardziej chcę uciec od tego wszystkiego, co we mnie pogmatwane. Wiem, że to nie ucieczka jest rozwiązaniem. Trzeba to wyciągnąć jeszcze raz i poukładać elegancko tak, aby już nigdy nie gniotło, ale i tego nie mogę zrobić, nie zakładając, że będę ofiary. Jestem w sytuacji bez wyjścia według ludzkiego - mojego - przekonania i doprawdy nie wiem, jak to rozwiązać. Myślę, że muszę schudnąć pięć kilogramów, może wtedy ciężar spadnie i z mojego serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz