Będzie o tym jak wymyśliłyśmy spotkanie w Warszawie, i czemu zawsze mamy pod górkę. Nie wiem, czy planowałyśmy to spotkanie od ponad pół roku, pewnie nie, bo nie było konkretnego planu. Po prostu wiedziałyśmy, że musimy zobaczyć się ponownie. Ile weekendów minęło nam na narzekaniu, że ten wspólnie przegadany czas w internecie powinien być czasem spędzonym inaczej? W końcu wybrałyśmy termin. Czułam w kościach, że akurat wtedy szefowa poprosi mnie o przyjście do pracy. Na wszystkie wolne soboty akurat każdy potrzebował wolne w tę jedną. Nie zgodziłam się, a właściwie powiedziałam, że nie mogę przyjść i biedna szefowa musiała zostać. Nie było mi szkoda. Kilka dni wcześniej przyjechała jej córka, a tydzień wcześniej ona była u córki. Ja mojej K. nie wiedziałam dziesięć miesięcy, więc ze względu na większą tęsknotę należało mi się bardziej. Dni płynęły wolno, aż oto nastała sobota. Wymodliłam sobie ładną pogodę i dwa dni wcześniej początek okresu. Gdyby wypadł w sobotę, odwołałabym spotkanie. Moja twarz nie wyglądała najtragiczniej. Nie czułam się źle pomimo regularnego upływu krwi. Mogłam jechać. Niestety, polskie koleje zwaliły sprawę po całości opóźniając o godzinę pociąg, który z miejsca A miał dowieść K. do miejsca B. Tak się nie stało i nagle K. nie mogła pojawić się w miejscu C, które było miejscem naszego przeznaczenia. Kręciłam się po domu, szykując na podróż roku, gdy rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu - najpierw jeden krótki dźwięk, a potem cały dzwonek. Dzwoniła K., aby poinformować mnie o zaistniałej sytuacji. Czy ktoś mógł przewidzieć, że przewoźnik zwali? Nikt nie wyrusza w podróż zakładając, że kursy opóźnią się tak bardzo. Te wszystkie żarty o polskiej kolei w jednej chwili przestały być zabawne. W mojej głowie nie istniał scenariusz, w którym nie ma naszego sobotniego spotkania. Co zrobiłam po zakończonej rozmowie? Oczywiście rozpłakałam się się ze złości. Na wszystkie spotkania czekam bardzo długo, a potem rzeczywistość odbiera mi ostatnią radość. Naprawdę źle znoszę takie przeciwności losu wraz z wiekiem. Czekanie miesiącami, a nawet latami na jedną chwilę radości jest trudne, a potem wychodzi na to, że i tego nie będzie się miało. Wkurza mnie ten dramatyzm życia i takie postrzegania rzeczy, ale naprawdę, już nic nie sprawia mi radości, zaś o to, co jeszcze sprawia, muszę walczyć, jakby to było walka na śmierć i życie. Przestałam płakać na myśl o tym, że pojadę na spotkanie z bólem głowy. (O dziwo głowa nie zabolała mnie ani razu do dnia wczorajszego, gdy nie mając wyjścia wsiadłam na rower po siódmej rano i przewiało mi zatoki.) Jedynym rozwiązaniem było przełożenie spotkania, więc przełożyliśmy je o dwie godziny. K. dotarła późniejszym pociągiem, gdzie jedynym miejscem, na jakie mogła liczyć była podłoga na korytarzu. Na myśl o poświęceniu K. ściska mi serce. Może kiedyś, w przyszłości, gdy nasze drogi się rozejdą (bo kto jest w stanie przewidzieć życie), wrócę myślą do jej niewygodnej ponad trzygodzinnej podróży i uśmiechnę się z wdzięcznością. Tak naprawdę łącznie jechała pół dnia, musiała odczekać swoje na kolejnych przystankach, a bycie w stanie gotowości bywa męczące. K. próbowała dotrzeć, tymczasem ja dwugodzinne oczekiwanie poświęciłam na poszukiwania otwieracza do wina, co okazało się banalnie proste - wystarczyło wejść do działu z alkoholem w markecie. Najzabawniejsze jest jednak to, że wino okazało się być na zakrętkę, a nie korek i tak oto przywiozłam do domu pamiątkę ze stolicy - otwieracz do win. Po zakupach udałam się McDonaldu naładować baterię w telefonie. Mogłabym zawsze jadać samotnie w wielkim mieście, wpatrując się przez szybę na ulice pełne ludzi. Dwie godziny minęły błyskawicznie i na stację wjechał pociąg z K., oczywiście opóźniony o kilka minut. Musicie wiedzieć, że mapy na google kłamią i wszystkie odległości między dwoma punktami da się pokonać znacznie szybciej niż przekonuje internet. Na obiadokolację znalazłyśmy małą knajpę prowadzoną przez prawdziwych - chyba Wietnamczyków - i oczywiście moja panika na widok obcych ludzi, z którymi przecież nie domagam się po angielsku, bo co z tego, że potrafię, jeśli mój mózg nie jest w stanie przetrwać takiej sytuacji, była nieracjonalna. Aż spytaliśmy, to znaczy K. spytała przechodzącej obok dziewczynki, czy ktoś wewnątrz mówi po polsku. Było mi głupio za siebie, bo oto przyjechało dziewczę ze wsi do miasta i już powstają pierwsze problemy. W środku obsługiwały Polki i jedzenie też było przygotowane pod polskie podniebienie. Siedziałyśmy na zewnątrz i ta grupka chłopaków na skuterach, którzy mogli zajmować się rozwożeniem posiłków, choć czy tak było naprawdę, raczej się nie dowiem. Nie chodzi jednak o nich, ale pojazdy jednośladowe z silnikiem. Czemu będą kojarzyć mi się z moim kolegą, który nie jest moim kolegą, oraz chińskim aktorem, piosenkarzem i nagle zawodnikiem wyścigów motocyklowych? Czemu zawsze, gdy ujrzę jakiś pojazd będę myśleć o tych osobach? Jak mnie to wkurza. Czemu mój umysł działa na zasadzie skojarzeń skoro to niewygodne? Po posiłku udałyśmy się z winem nad Wisłę tramwajem pełnym ludzi, którzy ku mojemu zaskoczeniu wcale nie kryli wiezionego alkoholu. Podczas gdy my martwiłyśmy się jak wypijemy alkohol, żeby nie dostać mandatu za picie w miejscu publicznym, wszyscy pasażerowie wiedzieli, że można legalnie pić własny osobisty alkohol na Wisłą. Wysiadłyśmy z tramwaju i ruszyłyśmy za tłumem, aby zostać powitanym przez jeszcze większy tłum. Nie spodziewałam się, że zjedzie się tam pół stolicy. I my dwie spoza miasta. Znalazłyśmy miejsce jak najdalej ludzi, choć mi chodziło głównie o odizolowanie się od potencjalnych panów, którym tego wieczoru były amory w głowie. Naszym punktem ochronnym okazała się grupka osób z kilkuletnim chłopcem - tak, tam na pewno nie będzie burdelu. Tak oto piłyśmy wino w uroczych różowych plastikowych kubeczkach, które wzięła specjalnie dla nas K i wpatrywałyśmy się w oświetlony w oddali Stadion Narodowy. Chyba byłyśmy senne, może przez podróż, a może przez alkohol, ale było to miłe zmęczenie. Lubię siedzieć w czyimś towarzystwie i nie czuć za wiele poza przyjemnym znużeniem; mój umysł wtedy odpoczywa. Kiedy ktoś usiadł dosłownie za naszymi plecami i puścił muzykę na full, postanowiłyśmy poszukać toalety. Dziwne, że nie pomyślałam wtedy o moich uszach i za głośnej muzyce, pomyślałam o tym, że nie zniosę polskie rapu z co drugim przekleństwem w tekście. Toalety znalazły się szybko, kolejka nie była okropnie długa. Potem udałyśmy się na spacer, w lewo, w prawo, mostem w jedną stronę, mostem w drugą i tak oto dotarło do nas, że tramwaj, który przywiózł nas nad Wisłę, jechał droga okrężną. Bez pośpiechu mogłyśmy wrócić pod Pałac Kultury pieszą. Po drodze zaczepił nas chłopak, który wyłapał z naszej rozmowy zwrot fantazje seksualne i doprawdy faceci są beznadziejni, tym bardziej wstawieni. Chłopak nie był nachalny, ale musiał się zawieść, że to była rozmowa nie o naszych fantazjach tylko o ludziach z dokumentu. I to jego stwierdzenie, że wszystkie kobiety coś tam. Zawsze w takich momentach przypomina mi się cytat z filmu Służąca: Of course I support men’s right. Men’s rights to shut the fuck up. Dobrze, że nie zdecydował się za nami leźć w nieskończoność. Po spacerze znalazłyśmy się na leżakach należących do restauracji znajdującej się przy Muzeum Narodowym. Na wewnętrznym dziedzińcu była nawet fontanna, więcej miejsc do siedzenia i stolików do postawienia szklanek. To dziwne, że w dzień przechadzają się tam ludzie spragnieni sztuki, czy mający potrzebę załatwić urzędowe sprawy (bo był tam też jakiś urząd ale żadna z nas nie zapamiętałam nazwy), a w weekendowe noce plac zmienia się w miejsce innej rozrywki. Choć chyba kulturalnej, bo nikt tam nie leżał pijany, tylko my leżałyśmy, zastanawiając się, czy nas nie przegonią skoro nic nie kupiłyśmy. Aż zawiał chłodniejszy wiatr i pozostał nam tylko McDonald, gdzie do rana czekałyśmy na powrotne pociągi. Alkohol trochę mi zaszkodził, a przecież pamiętałam, że muszę dużo jeść, tylko potem przypomniało mi się, że nie jadłam niewiele w ciągu dnia, a potem raz a porządnie. Nie wymiotowałam, nie miałam kaca, te 250 mililitrów zaszkodziło moim kiszkom. Może się wydawać, że nasze spotkanie było nudne i te całe plany ostatecznie okazały się męczącą podróżą w obie strony i kolejnym czekaniem; czekaniem na posiłek, czekaniem na pociąg, czekaniem aż dotrzemy do domu, czekaniem aż położymy się do łóżka i w końcu zaśniemy, czekaniem i niczym więcej. Ale jak o tym pomyślę, to właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Powinnam co weekend spędzać nudnie czas z moimi nudnymi znajomymi, tymczasem mamy weekend i moją jedyną rozrywką jest niszczenie własnej twarzy. :))))))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz