Powinnam położyć się spać biorąc pod uwagę fakt, że mój organizm z przyzwyczajenia obudzi się punkt szósta, ale próbuję zrozumieć, czemu moja rodzina na dzień przed wspólnym wyjściem się rozpada. Zaczynamy sprzeczać się o pierdoły, a kończymy na rzeczach tak ważnych, że aż ciężko tym pisać. Myślę sobie, że jutro znowu powtórzą się wszystkie schematy. Moja matka będzie trząść się nad każdym kieliszkiem mojego brata widząc jego drogę do alkoholizmu, ale nie powie nic. Dopiero na drugi, a może trzeci dzień okaże swój zawód. Będzie też upominać babkę - swoją matkę - za każde negatywne słowo, którego nie będzie jej głosem, ale choroby, i choć moja matka o tym wie, to i tak jak zawsze będzie chciała z tym bezskutecznie walczyć. Mój brat będzie przeklinał wszystkich i próbował zagłuszyć swoją niską samoocenę chamstwem. Trudno przewidzieć kim będzie tam mój ojciec, na pewno człowiekiem stojącym nad grobem. Będę też ja, smutna i samotna i właściwie to mnie nie powinno już być. Będę myśleć o tym, że znowu muszę patrzeć na ten obrazek zwany naszą rodziną i choć powinnam być przyzwyczajona to z rezygnacją westchnę, że mi ciężko. Pomyślę też, że niezależnie jak wielkie starania włożę w swój wygląd, nie zmieni to tego, że i tak będę czuła się najbrzydszą dziewczyną na świecie. Nie muszę chyba dodawać, że jestem już uzależniona od niszczenia swojej twarzy. Pierwszy raz w życiu straciłam nad czymś tak bardzo kontrolę; nad czymś co wbrew pozorom można byłoby kontrolować bardzo łatwo. Nigdy większych kłopotów nie sprawiała mi na przykład dieta, czy zmuszanie się do wstawania z łóżka, gdy moje całe istnienie mówiło, że powinnam już zostać na tym łożu śmierci. Jednak nie potrafię zmusić się do nie spoglądania w lustro. Nie wiem, jak się z tego wyleczę. Wszystkiego jest we mnie za wiele i szkoda, że wylewa się to w ten sposób. Jutro będę myśleć o tym, że tylko przez własne negatywne wyobrażenia i sugestie innych muszę przetrwać ten wieczór bez Ciebie, kimkolwiek jesteś. Kiedyś, a właściwie niedawno, bo trzy lata temu, powiedziałam sobie, że nigdy nie pójdę na żadne wesele sama, ale przez te trzy lata nic się nie zmieniło w kwestii mojego przeznaczenia. Chciałam pójść tylko z Tobą, ale uderza mnie, że inni mieli rację. Obiecuję sobie, że kiedyś i z tego się wyleczę. Widocznie ostatnie dwa lata to ciągle za mało, aby zrozumieć, że mnie nie lubisz. Nigdy nie udało Ci się przyjść, więc czemu teraz miałbyś znaleźć czas? Dobrze, że nie spytałam. Może byłabym tylko bardziej zawiedziona kolejną odmową. Pewnie będę bawić się nie za dobrze, myśląc o tym, że jestem trochę nieszczęśliwa przez wszystko, co mnie spotyka (po części na własne życzenie). Będzie duszono, będzie mi wstyd, że to nie mój dzień i nie chodzi tu o mnie, a skupię wszystkie myśli na swoim małym nieszczęściu, które zwie się istnieniem bezsensownym. Ostatnio ktoś napisał do mnie, że przypomniała mu się jasna dróżka w Borach Tucholskich, w otoczeniu brzóz i gdy ta osoba nią jechała, wyobraziła sobie, że mnie tam zabierze i zrobimy mały piknik. Mnie takie słowa zawsze wzruszają, że ktoś myśli o mnie w ten ciepły sposób, a może to nie wzruszenie, może tu chodzi o to, że te słowa są pełne życia i obietnic, a rzeczywistość jest całkiem inna. Nigdy żaden piknik się nie odbędzie. Umarli za życia przecież nie jedzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz