Chciałabym żyć w świecie, w którym masz wybór, w którym wybór śmierci oznacza całkowite nieistnienie, nie bycie, tak jakby nigdy się nie było. To już długa droga w dół. Niczego się nie nauczyłam. Niszczę siebie dzień po dniu. Kiedyś miałam kontrolę nad własnym cierpieniem, teraz nie mam kontroli nad niczym. Codziennie wieczorem obiecuję sobie, że następny dzień będzie lepszy, że nie zrobię sobie krzywdy, a potem, gdy zostaję sama i patrzę w lustro nie mogę znieść tego wszystkiego. Nie wiem, może chodzi o to, aby moja twarz stała się jedną wielką raną, aby ktoś w końcu uwierzył, że naprawdę potrzebuję pomocy, że chcę być inna niż reszta mojej rodziny, która żyje w pięknych kłamstwach. Nie wiem, a może chodzi o to, że z taką twarzą nie będę miała ochoty już nikogo widzieć i wystawiać się na kolejne porażki i zawody. Dzisiaj tak dobrze mi szło, ale jedno nieprzychylne spojrzenie w lustro zniszczyło wszystko. Prawda jest jednak taka, że gdybym miała ładną cerę, nie psułabym jej dodatkowo. Rządzi mną strach, że będę jeszcze bardziej odpychająca, więc widząc coś niewielkiego, chcę zniszczyć to już w zarodu, aby nie stało się problemem większym. Tymczasem dzieje się na odwrót. Mały problem przybiera niewyobrażalne rozmiary. Nigdy nie radziłam sobie z życiem, teraz nie radzę sobie dodatkowo ze sobą. Ciepię na bezsenność, bo nie chcę zasypiać i budzić się do kolejnego przykrego dnia. Jestem zmęczona psychicznie. Chcę umrzeć, od dawna, odkąd tylko pamiętam, od dziecka. Chciałabym tylko dożyć momentu, w którym Wonho wraca do zespołu, ale wiem, że on nie wróci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz