5.07.2020

1094.

Smutno mi, Boże. Włosy znowu zaczęły wypadać z miej pustej głowy. Moje życie od roku to nieustanne patrzenie w lustro, już nawet nie ze smutkiem, ale z zawodem, że życie jest jakie jest i wszystkie starania i wydane pieniądze to marność nad marnościami i wszystko marność. Moje dni wyglądają identycznie; są wypełnione setką powtarzających się czynności, które wykonuję jak zaprogramowana, jakby życie było tylko wykonywaniem tych czynności w określonej kolejności, wśród nich również rozdrapywanie twarzy. Boli mnie to, i fizycznie i psychicznie, ale jednocześnie jestem od tego odcięta, dzieje się to poza mną, nie płaczę. Takie życie natręctwami pochłania mój wolny czas, co sprawia, że nie potrafię się na niczym skupić, nie odpoczywam w weekendy, gromadzę mnóstwo rzeczy, które chcę obejrzeć czy przeczytać, ale to się nie dzieje, bo doba jest za krótka, a nad twarzą trzeba męczyć się za długo. Tracę kontakt z ludźmi, który ogranicza się do krótkich wiadomości wymienianych w pośpiechu. Na realny kontakt twarzą w twarz nie ma co liczyć, takie mamy czasy, a nawet jeśli byłyby inne to w pobliżu nie mam znajomych, a nawet jeśli nadarzyłaby się okazja na spotkanie to nie chcę. Wygląd mojej cery zrujnował mi całe życie, bo to wisienka na torcie moich nieszczęść. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie szukał ze mną kontaktu. Od zawsze taka byłam, nie do zniesienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz