Szefowa zamknęła sklep w galerii i nagle z czwórki osób, zrobiło się nas piątka. Z tej okazji zalało nam sklep, a że znajduje się w piwnicy, były to sceny niczym z Titanica. W jednej chwili szef zażartował, żeby nas tylko nie zalało jak kiedyś wraz z oberwaniem chmury, minutę później ratowaliśmy majątek, wraz z paniami mającymi pomieszanie pracownicze obok nas. I to nie tak, że pomagały nam, ratowały swoje rzeczy. Przyjechała straż, aby wypompować to nieszczęsne jezioro, ale prawda jest taka, że sami wynieśliśmy wiadrami więcej. Do tego zadymili nam dwutlenkiem węgla pomieszczenia, które było ciężko wywietrzyć. Czujnik odzywał się bardzo długo. Pięć godzin wyciętych z dnia, na szczęście swoją zmianę kończyłam o 16. Żeby było zabawniej tego dnia przyjechałem do pracy rowerem, a z rana zmokłam tak bardzo, że brat musiał przywozić mi ubrania i buty na zmianę. Wracałam do domu w pełnym słońcu. Na drugi dzień to mi przypadło sprzątanie pozostałych skutków (wraz z pomocą szefowej), co dało ponad trzy godziny. Kiepsko zgrało się to w czasie z moim okresem. Wróciłam do domu i przespałam bite dwie godziny, a potem o dziwo nie miałam problemu z zaśnięciem w nocy. Jest nas piątka. Pierwsze zmiany to mniej miejsca i trochę więcej porządku. Zaczęłam zastanawiać się, jak to się stało, że ten nieporządek, a nawet brud tam przestał mnie ruszać. Im więcej o tym myślę, tym bardziej widzę jak jestem odcięta od tego miejsca. Staram się być dobrym pracownikiem, ale nie staram się być dobrym człowiekiem. Odcinam się od wszystkiego, a jednak wewnątrz mnie to niszczy, po cichu, powoli, dni są zadziwiająco krótkie, a jednak czasem nie do zniesienia długie. Od poniedziałku mamy muzykę, bo J. stwierdziła, że nie potrafi siedzieć w ciszy. Ja też nie, ale nigdy nie miałam tyle odwagi, żeby włączyć radio internetowe w miejscu, w którym nigdy nie grało radio. Ona przyszła z miejsca z muzyką, więc w tej piwnicznej ciszy, która zimą wręcz przeraża, nie mogło być inaczej. Jest mi sto razy lepiej z tym, że zrobiło się tam głośniej. Nie jestem już tak bardzo widoczna w swoim milczeniu. Myślę, że nigdy nie nauczę się w tamtym miejscu jeść, zawsze będzie to nienormalne ukradkowe spożywanie drobnych kęsów. Kilka razy się prawie udławiłam, ale prawda jest taka, że są ludzie, przy których nie jestem w stanie wykonywać pewnych czynności. Właściwie dużo zależy od innych, od tego, czy pozwalają być mi sobą w ich towarzystwie. Może dlatego przez prawie trzy lata pracy tutaj nabyłam kilka nawyków na tle nerwicowym. Może dlatego nieustannie moja twarz wygląda źle, bo odbijam na niej wszystko, co mnie psychicznie męczy. Czasem łapię się na tym, że czekam na menopauzę. Myślę sobie o tym, ile jeszcze zanim hormony znikną i moja twarz przestanie co miesiąc wyglądać jak pole bitwy i czy wytrzymam tak długo, a jeśli wytrzymam to znaczy, że dopiero wtedy zacznę ŻYĆ, a nie udawać że żyję, i co mi wtedy zostanie? Czy zawsze muszę czekać na jakieś zakończenie? Czemu, gdy nic nie układa się po mojej myśli, najprościej myśleć o zakończeniach, które wyzwalają? Marnuję mnóstwo energii na ogarnięcie siebie, jakby to miało cokolwiek zmienić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz