11.07.2020

1095.

Siedzę piątą godzinę w turbanie na głowie, bo robią mi się włosy. Za tydzień mam urlop, bo nie pozostawiono mi wielkiego wyboru, a tak naprawdę to wina tego wirusa. Miałam mieć piękne zdjęcia we wrześniu na opustoszałej plaży, tymczasem nie będę mieć nawet plaży. Chciałam odwiedzić w tym roku kilka osób i miejsc, ale coraz bardziej realniejszy wydaje się scenariusz siedzenia w domu. Pomijając już życie w dobie pandemii, z taką twarzą - ciągle cierpiącą i smutną - nie da publicznie pokazać. Każde nałożenie maseczki, tym bardziej w ciepłe dni, to późniejsze męczarnie tygodniami, więc jak widać, nie mogę wyjść z cyklu ran. Nie pamiętam już jak to było mieć przyzwoitą cerę i nie poświęcać jej tak wiele czasu z tak marnymi efektami. Nie pamiętam jak wyglądały moje dni bez myśli o własnej twarzy. Najgorzej jest w weekendy, gdy zostaję w domu pełnym luster. Nie mam już dla siebie litości. Boję się więc tego przedwczesnego urlopu. Boję się, że kiedyś wirus zniknie i będę znowu musiała żyć w społeczeństwie. Ale nie chcę nikogo widywać poza przymusowym minimum. Nie ma mnie, dopóki moja twarz nie będzie wyglądać jak twarz człowieka. Boję się obudzić jutro i spojrzeć w lustro w dziennym świetle. Boję się, że coraz bardziej nie mam kontroli nad tym co robię. Boję się, że jeszcze chwila i załamię się całkowicie. Któregoś dnia nie wyjdę po prostu z domu do pracy. Może budzik nie zadzwoni na czas, a może potnę twarz. To jest rym warty zakończenia tego żałosnego dnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz