Dawno nic tak nie wyssało ze mnie energii jak zeszłotygodniowy okres. Może stało się tak dlatego, że mogłam go przecierpieć w ciszy i spokoju czterech ścian z racji tego, że były to dni mojego urlopu. Spałam bardzo dużo, w dzień, w nocy, ogromna senność rządziła moim czasem, spałam tak dużo, że moje ciało zmęczyło się nieruchem. Do tej pory nie mogę otrząsnąć się z tego stanu otępienia. Nie muszę chyba wspominać, że tradycyjnie stan mojej cery pogorszył się tragicznie podczas kobiecych dni. Myślę sobie, że na moją twarz można jedynie napluć. Brzydzę się sobą, więc udaję się, że nic się nie stało. Nie mam gojących się już ran. Nie mam nic. Nie ma mnie dla nikogo. Przedwczoraj miałam małą wycieczkę, na którą zabrała mnie (jak zawsze) moja siostra cioteczna z córką. Jedyne osoby, które jeszcze poświęcają mi czas. Nie licząc tych osób, które poświęcałyby mi czas w realnym świecie, gdyby realny świat dla nas istniał. Powrót do domu skończył się dla mnie stanem fizycznej niemocy. Każdy wyjazd kończy się dla mnie złym samopoczuciem, chyba że podróżuję sama, sama narzucam rytm i sama robię co zechcę. Nie chodzi o to, że wolę podróżować sama, ale zaobserwowałam, że mój organizm źle znosi podróże w ciepłe dni (nie licząc rowerowych przejażdżek) i to jest fakt, z którym ciężko walczyć. Może moja siostra cioteczna zbyt porywczo jeździ, za duża prędkość, za dużo hamowań. Od wieków nie miałam choroby lokomocyjnej. Chyba nie powinnam po prostu jeść. Może to ta bita śmietana z gofrów, dla której dwie godziny w żołądku to było nadal za mało. Nie wymiotowałam, choć miałam ochotę. Wybrałam gofra zamiast lodów, żeby nie oziębić zatok. I tak zaczęła mnie boleć głowa od słońca. Miałam wielkie plany na mój urlop, ale nie zrobiłam nic więcej. Nie mam nawet ochoty ani siły wykorzystać ostatnich dni. Bo to jest minus podróżowania samej - wszędzie musisz dowlec się osobiście i współgrać z komunikacją publiczną. Nie chodzi o to, że tego nie lubię, ale rozkłady jazdy są beznadziejne i jeszcze ta szmata, którą musisz nakładać na twarz. Rozwaliłam swoją regularność dni, którą starałam się jakoś trzymać, bo to trzymało mnie w ryzach. Wiem z jak wielkim bólem przyjdzie mi zmierzyć się w poniedziałkowy poranek o piątej rano. Mam obawy, że nawet pobudka o tej porze nie uratuje mnie przed spóźnieniem się do pracy. Nie wspominając już o tym, co czeka mnie na miejscu pracy. Wszystko to, o czym nie chcę myśleć, bo ogarnia mnie stres i zniechęcenie. Walczenie z pójściem do toalety, która nigdy nie będzie miała zamka; jedzenie w ukryciu, żeby nikt nie komentował; niechęć mówienia z jednoczesnym stresem, że trzeba coś mówić. Ale to wszystko jest nieważne, bo stres związany z utratą pracy i pieniędzy byłby jeszcze gorszy. Co nie zmienia tego, że nie będę pracować w tym miejscu wiecznie, ale myśl o tym, że dożyję czasu, w którym będę musiała udawać jeszcze bardziej niż teraz, żeby przetrwać, skutecznie mnie otępia. Nie potrafię na niczym skupić myśli. Moje dni to nieskończona ilość natręctw, które dają mi pozorne wrażenie, że mój dzień jest wypełniony czymś tak bardzo, że nie mam na nic czasu, a przede wszystkim na myślenie o rzeczach ważnych. Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że przestałam myśleć o osobach i rzeczach, o których powinnam. Już sierpień, już po północy, lada dzień pełnia, nie wiem, wszyscy mają swoje życie, a mi dobrze w moim powolnym umieraniu, niebyciu, ciszy, nieistnieniu wśród ludzi, przy ludziach, bez tego przymusu bycia kimś przy innych, bo przecież nie można być sobą, bo to niekomfortowe dla innych. Jestem jak duch, który błąka się po Ziemi i nie wie jak stąd uciec. I jakie to żałosne, jak pomyślę sobie, że ktoś w tej pracy po raz setny mówi mi o tym, że piję tylko wodę, a mi wydaje się dziwne, że ktoś w ogóle zaprząta sobie tym głowę, jakbym nie mogła pić tego co chcę, jak chcę i kiedy chcę. To naprawdę głupie, że ktoś mówi o wodzie, gdy głęboko we mnie jest pragnienie śmierci tak wielkie, że nie mogę sobie z nim poradzić od lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz