25.07.2021

1105

Osiemnasty dzień września przewrócił mój świat do góry nogami. Ile pamiętam z tego dnia? To był piątek, myślami byłam przy weekendzie, ale musiałam jeszcze przeżyć ten dzień w piwnicy, to znaczy w pracy, w zagraconym już nie tylko sprzętem wędkarskim, ale też bielizną sklepie, przy swoim biurku na szarym końcu, ale nie w ukryciu. Obecnie mnie tam nie ma i nie będzie. Oficjalnie pożegnałam się z tym miejscem wraz z ostatnim dniem marca. Wtedy dotarło do mnie jak bardzo zniszczyło mnie to miejsce. Nie chodzi o to, że ktoś się nade mną znęcał, nic z tych rzeczy. To miejsce aktywowało wszystkie moje lęki, a nieświadome niczego osoby wysysały ze mnie energię dzień po dniu. Trafiłam wśród ludzi, którzy nie byli “moimi ludźmi”. Może ktoś inny potrafiłby odnaleźć się w tym miejscu, ale ja musiałam grać od początku. Nie chcę jednak streszczać trzech lat mojej pracy, ani krzywdzić kogoś słowem. Nie o tym jest ta historia. Wraz z wybuchem pandemii i zbliżającym się wiekiem emerytalnym szefostwa zaczęło być gorzej. Udzielające się wszystkim napięcie związane ze stratami w handlu oraz fakt, że właściciele nigdy nie przejdą na emeryturę z powodu długów sprawiły, że coś pękło. Bez tych rzeczy to miejsce daleko odbiegało od normalnego funkcjonowania. Ale połączenie sklepu wędkarskiego i sklepu z bielizną w piwnicznych podziemiach, gdzie trwał handel stacjonarny i wysyłka internetowa było szaleństwem. Przy jednej branży był tam burdel, a co dopiero przy dwóch. Nie było warunków, by normalnie funkcjonować i nie tylko ja uważałam, że to przesada. Możliwe jednak, że tylko ja nie potrafiłam się tam odnaleźć. Po udarze było jeszcze gorzej. Opuściły mnie fizyczne i psychiczne siły. Szefowa postanowiła bawić się w lekarza, bo przecież mało było mojego nieszczęścia, powinnam zostać dłużej na zwolnieniu lekarskim, żeby za moją pensję nie musiała płacić ona, ale Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wręcz wymagała ode mnie, abym zasugerowała lekarzowi prowadzącemu lub rodzinnemu (jej było to obojętne), że nie mogę wrócić do pracy. Taka okazja nie zdarza się codziennie. Niecodziennie trzydziestoletnia osoba ma udar mózgu. Nie wiem, czy bardziej byłam zła, czy było mi przykro. Rozumiem, że ZUS to instytucja owiana złą sławą, ale po udarze byłam zdruzgotana, a ona myślała tylko o tym, żeby nie musieć płacić za mnie składek. Wtedy zrozumiałam, że gdy tylko skończy się moja umowa o pracę odejdę. Kolejne miesiące tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ale zanim dojdę do tego punktu, muszę jeszcze opisać dzień udary, a nawet nie zaczęłam tego robić. Był to piątek, osiemnasty dzień września 2020 roku, tak, to już wiemy. Siedziałam w tym zakichanym sklepie przed biurkiem i standardowo marzłam, bo choć wrzesień był ciepło za dnia to noce chłodne, więc nie było szans, aby pomieszczenia w piwnicy się nagrzały. Tego dnia nie przyjechałam do pracy rowerem. Jeździłam rowerem całe lato, dzień w dzień, dopóki nie nakichali na mnie współpracownicy. Wszyscy mieli w nosie tę całą pandemię i nikt nie przestrzegał żadnych zasad. Jedynie strach przed kontrolami sprawił, że mieliśmy żel antybakteryjny na wejściu i tabliczkę z nakazem wchodzenia w maseczce. Zrobiłam tydzień przerwy od jazdy rowerem. Katar przeszedł mi dość szybko, ale po czterech dniach ponownych przejażdżek stwierdziłam, że poranki są już zbyt chłodne i pora żegnać się z latem. W piątek wsiadłam w autobus. W pracy zmarzłam, wypiłam może łyk wody, ciężko było mi grać tego dnia nie siebie i ciężko chodziło mi się do toalety, do której drzwi nie miała zamka. Każde wyjście było dla mnie naznaczone traumatycznym wspomnieniem tego, jak “kolega” z pracy wszedł tam kilka razy bez pukania. Postanowiłam więc mało pić i mało sikać i właściwie w dzień udaru była najprawdopodobniej odwodniona, co nie wyszło na badaniach, bo raz - wzięłam elektrolity, dwa - do szpitala trafiłam ponad tydzień po udarze. Wróciłam do domu zmęczona i zmarznięta, do tego chciało mi się siku. Jechałam jednak z ulgą, że oto udało mi się przetrwać ten dzień w pracy mimo że koleżanka - jedyna normalna tam osoba - miała wolne. Weszłam do domu i nawet nie pamiętam, czy najpierw poszłam opróżnić pęcherz, czy może wzięłam się za rozpakowywanie. W swoim pokoju zrzuciłam z siebie plecak, kucnęłam i zaczęłam wyciągać z niego rzeczy. Przy mnie stał najmłodszy brat i o czymś opowiadał - ale nie pamiętam nic z tego rozmowy. Drugi brat krzątał się po domu. Kiedy wyjęłam co potrzeba, podniosłam się, a przez moją tylną część głowy przebiegł okropny ból, nie trwało to długo. Potem poczułam jak tracę siłę w prawej ręce. Chciałam ją podnieść do góry ale opadła jak ociężała. Zakręciło mi się w głowie. Chyba mówiłam po kolei o tych wszystkich dolegliwościach. Spytałam jeszcze, czy mam czerwone policzki, bo poczułam uderzenie gorąca. Padła twierdząca odpowiedź. Nie wiedziałam. co się ze mną dzieje, to było dziwne uczucie. Gdzieś podświadomie czułam, że to coś niedobrego, ale w tamtym momencie już nie byłam sobą, od razu straciłam rozum. Bracia stali obok mnie i spytali, czy zadzwonić po karetkę. Odpowiedziałam, że nie, że się położę i będzie dobrze. Oczywiście nie powinni mnie posłuchać, ale nie sposób ich obwiniać. Żyliśmy w pandemicznym świecie, po co karetka miałaby przyjeżdżać do zdrowej osoby, której nagle zakręciło się w głowie. Mimo że miałam klasyczne objawy udaru, sama nie wiedziałam, czym jest udar mózgu. Niesamowite, że mając trzydzieści lat nie wiedziałam, czym jest udar, choć przynajmniej raz na tydzień widziałam w telewizji reklamę o specjalnych drinkach dedykowanych osobom w trakcie rekonwalescencji po udarze. Położyłam się na swoim łóżku, a potem powiedziałam, że się prześpię. Postanowiłam zrobić coś, czego stanowczo zabrania się w takim przypadku. Zamknęłam oczy i po sekundzie mnie nie było. Nie istniałam i aż dziwnie mi z myślą, że mogłam się już nigdy nie obudzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz