Nie potrafię określić ram czasowych mojego udaru. Wiem tylko, że byłam w domu przed siedemnastą i stało się to - udar. Nie wiem, o której godzinie wybudziłam się ze snu. Pamiętam tylko, że było mi gorąco i niewygodnie, więc ściągnęłam jeansy i przykryłam się kołdrą, a może kocem, nie wiem, nawet jak zmieniałam pozycję, ale pamiętam ten jeden moment przebudzenia. Świadczy to najprawdopodobniej o tym, że mój uda miał potencjał do bycia epizodem niedokrwiennym przemijającym. Mogę się też mylić, tak naprawdę żaden z lekarzy nie usłyszał ode mnie dokładnego przebiegu mojego udaru, bo będąc później w gabinetach lekarskich zwyczajnie miałam problemy z pamięcią; obrazy i słowa wylatywały mi z głowy. Do tego byłam skupiona na tym, że okropnie kręciło mi się w głowie. Ale zanim to odkryłam, musiałam się wrócić do żywych. Tymczasem ciągle spałam. Na pewno wstawałam raz do toalety jeszcze w piątek. Potem nastała sobota, z której niewiele pamiętam. Tylko to chodzenie do toalety, a żeby tam dojść musiałam trzymać się ściany, tak okropne zawroty głowy miałam. Nawet nie wiem, czy coś piłam, bo na pewno nie jadłam. Spałam i sikałam, bo prawdopodobnie mój organizm się odwadniał. Nie rozmawiałam z nikim z rodziny. Nie wiem, czy mój stan nie wydał im się podejrzany. Na pewno konsultowali się z naszą sąsiadką - pielęgniarką, ale nie przekazali jej wszystkich informacji, a ona nie widziała mnie na żywo, więc nie mam nikomu za złe, że z perspektywy czasu to co mnie spotkało było klasycznym udarem. Wtedy trwała pandemia - jeszcze z czasów sprzed szczepionkowych i sprzed teorii spiskowych, i właściwie czemu zdrowa trzydziestoletnia osoba miałaby mieć nagle udar. Nikt nie zadzwonił po karetkę, bo tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, powiedziałam, że to niepotrzebne i uwierzono mi na słowo. Pamiętam, że w nocy z soboty na niedzielę obudziłam się nad ranem z myślą, że muszę udać się do toalety na siku, więc resztką sił doczołgałam się do toalety. Nawet przez myśl przeszło mi, żeby obudzić kogoś i powiedzieć, że czuję się jeszcze gorzej i nie wytrzymam do rana w takim stanie. Nie wiem, kim wtedy byłam i jak bardzo walczyłam ze swoim umysłem, czyli właściwie sama ze sobą, ale wróciłam do łóżka i nagle dostałam drgawek, których nie byłam w stanie opanować. Myślę, że byłam porządnie odwodniona i wyczerpana. Mój organizm nie dawał rady. Wyczytałam, że jak jest się odwodnionym i pojawiają się drgawki to już prosta droga do piekła. Wtedy nie wiedziałam nic, tylko leżąc rozdygotana w ciemnościach pytałam siebie w myślach “co się ze mną dzieje”. Zasnęłam. Po jakimś czasie - nadal była noc - obudziłam się znowu cała we drgawkach tylko po to, aby zasnąć ponownie. Mogłam wołać po pomoc, ale nawet nie wiedziałam, że jej potrzebuję. Nastała niedziela. Wstałam do toalety. Nadal kręciło mi się potwornie w głowie. Czułam się fatalnie. Tak okropnie nie czułam się nigdy w życiu i nie chciałabym powtarzać tego stanu. Zmierzono mi temperaturę, która sięgnęła lekko ponad 37 stopni. Miałam wypić rozpuszczalny paracetamol, ale czułam się tak źle, chyba było mi niedobrze, że nie byłam w stanie wypić zawiesiny. Zjadłam kromkę suchego chleba i z niewielką ilością wody połknęłam Ibuprom - tak - lek, który w ulotce jako skutek uboczny ma zapisany udar mózgu. Na szczęście nie dostałam po nim kolejnego udaru. Poleżałam jeszcze trochę, a potem zdecydowałam się na wzięcie prysznica. W głowie kręciło mi się nadal. Weszłam do łazienki nie zamykając drzwi ze strachu, że coś mi się stanie i będzie ciężej mnie uratować. Nie wiem, czemu tak zrobiłam, ale gdzieś z tyłu głowy musiałam przeczuwać, że stało i działo się ze mną coś złego. Jeszcze nie wiedziałam, że miałam ogromne szczęście, ale był to też początek długiej, ciężkiej drogi, po której nadal stąpam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz