Pierwsze trzy dni w szpitalu minęły szybko. Jak już wspomniałam, nie wyglądałam na chorą, choć nie czułam się fantastycznie. Cały czas martwił mnie problem ze wzrokiem. W środę postanowiono mnie wypisać. Powiedziano, żebym udała się na badanie VNG, czyli badanie błędnika, od którego mogłam mieć zawroty. Z ciężkim sercem zapisałam dane w notesie. Myślałam, że w szpitalu wszystko się wyjaśni, a tymczasem miałam udać się do kolejnego lekarza, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi pomoże. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy na oddział wpadła prowadząca mnie pani neurolog i oznajmiła mi, a tym samym wszystkim w pokoju, że miałam udar mózgu i mam szybko przyjść do niej. Nie powiem, to był dziwny moment. Posłusznie wstałam i udałam się za nią. Pielęgniarka miała zmierzyć mi ciśnienie na obydwu rękach. Niesamowite, że wcześniej żaden lekarz na to nie wpadł. Na szczęście pomiary nie różniły się zbytnio od siebie. Nie zmieniło to jednak tego, że po dwunastu dniach postawiono oficjalną diagnozę - kryptogenny niedokrwienny udar mózgu. O nic nie pytałam. Nie wiedziałam, co właściwie mam zrobić. Zatroskana pani neurolog powiedziała, że w tej sytuacji nie ma mowy, abym została wypuszczona do domu. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem i zgodą. Co mogłam zrobić? Nie wypisałabym się ze szpitala na życzenie. Od tego momentu zaczęła się długa droga w dół. Poziom stresu w moim organizmie wzrósł niewyobrażalnie. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że pierwszy raz w życiu zrozumiałam co to znaczy być tak zestresowanym, że zgrzyta się zębami podczas snu. Gdy jadłam szpitalny obiad kilka dni później, miałam dziwne uczucie ciężkiej górnej szczęki. Dopiero dwa miesiące później żuchwa zaczęła mi “strzelać”, co świadczy tylko o tym, że regularnie od tamtego dnia musiałam podczas snu zaciskać zęby lub nimi zgrzytać. Nie nagrywałam się podczas snu, śpię sama w pokoju, więc nie wiadomo jak to było, ale efekt pozostał - popsuta dożywotnio szczęka, z którą do tej pory mam problem i na której naprawdę mnie nie stać. Od środowej diagnozy w szpitalu leżałam kolejne siedem dni, czyli do następnej środy. W tym czasie zrobiono mi dodatkowe badania - te które mogli zrobić na dany moment - obrazowe, jak i krwi. Oprócz leków na zawroty głowy, zaczęłam dostawać nowe małe tabletki. Nie pytałam, po prostu łykałam do posiłku to co przynosili. Pamiętam jak dzwoniłam do mamy, jak stałam na korytarzu i płakałam, jak szukałam informacji w internecie i jak bardzo uderzyło mnie, że prawie umarłam. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie cały przebieg udaru. Gdybym nie miałam tymczasowych problemów z pamięcią, pewnie od razu sama zgadłabym co mi jest, ale miałam udar i nie byłam sobą. Dopiero po czasie wszystko było oczywiste i jak wspomniałam - książkowe - miałam klasyczny udar, ale byłam zbyt młoda na sam udar, więc nikt nie obstawiał go w pierwszej kolejności. Zaczęłam szukać informacji w internecie, ale to sprawiło, że byłam zestresowana jeszcze bardziej. Było mi ciężko. Bałam się kolejnego udaru. Nie pamiętam, w jakiej kolejności informowałam znajomych o tym, co się ze mną stało. Wcześniej o całej sytuacji wiedziała osoba z zagranicy z mediów społecznościowych, której nigdy nie widziałam, a z którą miałam sporadyczny kontakt, niż moi dobrzy znajomi. Pamiętam jak w niedzielę odwiedził szpital ksiądz, który pytał, czy ktoś nie potrzebuje spowiedzi. Uderzyło mnie, że nie odwiedziłam kościoła przez trzy tygodnie. Był to najdłuższa przerwa w całym moim życiu. Może dlatego teraz tak chętnie chodzę prawie codziennie na mszę. Codzienna Komunia Święta daje mi siłę, której nigdy w sobie nie miałam. Ze szpitala zostałam wypisana siódmego października z zaleceniami udania się do poradni kardiologicznej oraz na wizytę kontrolną do neurologa. Wróciłam do domu nie wiedząc kim jestem i co mam zrobić z całym swoim dalszym życiem. W międzyczasie opuściły mnie siły. Myślę też, że po drodze zachorowałam też na covid, choć mając zwolnienie lekarskie przez ponad miesiąc, siedziałam po prostu w domu nie sprawdzając tego. Poza ogromnym zmęczeniem i utratą węchu i smaku na tydzień, nic mi nie było. Po czasie trochę żałuję, że nie poszłam z tym do żadnego lekarza, ale prawda jest taka, że wtedy nie w głowie były mi takie rzeczy. W sumie zastanawiam się, czy mogła mieć ten udar od samego koronawirusa. Żaden lekarz nie wziął wtedy tego pod uwagę. Test w trakcie przyjęcia na oddział wyszedł negatywny. Jednak dwa tygodnie wcześniej byłam przeziębiona, a prawie dwa miesiące później straciłam węch i smak. Równie dobrze zarazić mogłam się w samym szpitalu od personelu lub gdziekolwiek indziej. Teraz to już nieważne, bo i tak nie poznam prawdy. Może dopiero po śmierci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz