1.06.2013

750. Samemu sobie przez siebie.

Kiedy panuje cisza, a świat jest pustką, człowiek spisuje testament, choć może nie to, bo mając dwadzieścia trzy lata w spadku może zostawić tyle co nic. W zamian wysyła pourywane wiadomości lub długie listy, w których prosi o przebaczenie za zło, którym jest i za życie, które „odkupi” krwią. Jednak plany przerywa dobijający się świat, gdy wszyscy zapominający na raz wracają, kładąc swoje problemy u twoich drzwi. Znów coś odciąga myśli i znów coś karze trwać dla innych, nawet jeśli będzie w tym więcej nieudolności niż pożytku. Jeśli będzie w tym oszustwo, pozwalające być kimś(nawet byle kim) i dalej oddychać.
To głupie przegrać z sobą samym na wykładzie z antropologii kultury. Powraca chaos; najgorszy stan bytowania ludzkiego zwany kryzysem znów tu jest. Czujesz za plecami ciężki oddech przegranej, przypominający, że jesteś zerem zepchniętym przez siebie w świat beznadziejności. Słyszysz: może państwo nie będą mogli potem spać i tak się właśnie dzieje, nie śpisz jedną noc, a potem drugą, bo moczysz pościel łzami, lecz każdego, kto wytknąłby ci tutaj słabość, miałbyś ochotę rozszarpać. (Między byciem żałosnym, a byciem próbującym mimo swej żałosności jest różnica.) Nikt nie wie, że od lat jesteś wojownikiem, a walczysz przede wszystkim z samym sobą – źródłem wszystkich nieszczęść. Jesteś niszczycielem i naprawiającym. Rozbijasz wszystkie myśli na tysiąc kawałków, a potem ratujesz pozostałości i od nowa, mozolnie i w pocie czoła, porządkujesz i sklejasz, by nie oddać się ostatecznie złu. Łapczywie łapiesz oddech między kolejnymi kopnięciami; czujesz w ustach smak własnej krwi. Jęczysz z bólu, gdy twoje ciało leży pobite na czarnej ziemi, a brud wnika w rany. Szepczesz modlitwy, wysyłając do nieba prośby o przebaczenie, że znowu pozwoliłeś na zranienie samego siebie. I oto jeden moment sprawia, że resztkami sił pełzniesz do punktu podparcia, którego podtrzymanie powala ci wstać. Będziesz ślepo iść przed siebie z otwartymi ranami, dopóki wiatr nie osuszy miejsc. Będziesz iść, aż ktoś da ci pić. Zaciśniesz zęby i będziesz starał się uporządkować burdel w pozostałych częściach życia, mimo chęci uczynienia jeszcze większego syfu i zaprzepaszczenia dotychczasowych, małych nadziei. Będziesz powtarzał sobie to tak długo, dopóki uwierzysz, że możesz wygrać. Sam ze sobą i samemu w dolinie rozpaczy.

Ten „poemat o umieraniu” powstawał od czwartku w głowie, ale to, co mogłoby go naprawdę takim uczynić, uleciało przez niemożność znalezienia czasu na pisanie (ku radości potomnych). Wiecie, a może tak naprawdę jestem jak zombie? Już dawno zadano mi śmiertelny cios, a mimo to ciągle trwa we mnie pociąg ku życiu, choć nie umiem i może nawet nie powinnam już żyć. Wiecie, ostatecznie i tak nienawidzę siebie, bo widzę wszystkie swoje błędy, także życzcie mi powodzenia. I pamiętajcie, że skrycie kocham was wszystkie, jeśli można w ogóle założyć, że ktoś taki jak ja jest zdolny do jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Bo śpiewam wraz z wokalistą Hurts: Jeśli zajrzysz w moje serce, nie znajdziesz ani miłości, ani światła, ani końca w zasięgu wzroku… Ale mam nadzieję, modlę się i będę walczyć, ponieważ czekam na cud.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz