Wczoraj w kuchni żarówka zakończyła swój
żywot i wywaliło korki. Dzisiaj zostałam z czterdziestoma woltami
oświetlającymi pokój, bo żarówki na wymianę się skończyły, wczoraj. Mdłe
światło pogarsza widoczność i nie oświeca myśli. Pomysły na dwa
referaty są nijakie, nawet na odwal nie potrafię niczego wymyślić.
Gdybym była kimś innym – miejsce, czas,
psychika – wyszłabym w październikową późną noc z domu. Oddychałabym
spokojnie, wypuszczając z ust parę. Niebo byłoby czyste, gwieździste,
albo przeciwnie, zachmurzone, a przestrzeń mglista. Rozbiłabym kamieniem
szybkę w sklepie z bronią i wybrałabym najmniejszy pistolet na
składzie. Alarm nie zrobiłby na mnie wrażenia. Odeszłabym tak, jak
odchodzi się od stolika w kawiarni po zapłaceniu rachunku. Gdyby życie
było filmem, włóczyłabym się ulicami miasta, a każdy krok, zapowiadający
tragedię, zostałby namalowany w pięknych obrazach za pomocą płynnego
ruchu kamery. Towarzyszyłby mi światła latarni i neonów. Szum ciężarówki
wiozącej towar zakłóciłby miarowy stukot obcasów. Mimo chłodu, miałabym
na sobie sukienkę i cienkie, cieliste rajstopy. Wyglądałabym tak
ładnie, jak tylko pozwoliłyby mi na to posiadane środki. Najpiękniejsza
noc w życiu. Nikt nie zwracałby na mnie uwagi, bo nie byłoby nikogo
obok, ale galowy strój nadawałby czynom powagi. Znalazłabym się w końcu
na rynku z fontanną, lub bez. Usiadłabym na ławce, gdzieś koło
zabytkowych kamienic, które nigdy nie były moim domem, tak jak nic nie
było moje, nawet w snach. Wyciągnęłabym z kieszeni płaszcza skradziony
pistolet i nabiła. Przypomniałabym sobie wszystkie imiona, które miały
jakieś znaczenie, a potem z poczuciem ulgi przyłożyłam lufę do skroni i
nacisnęła na spust. Jako zabijana nie usłyszałabym strzału, który
odbiłby się echem o mury budynków. Gdybym tylko była kimś innym, a życie
było czymś innym, właśnie tak zabawiłabym się w jesienną noc. Raz a
dobrze.
A do tej cholernej Warszawy nie chcę jechać i nie pojadę.
A do tej cholernej Warszawy nie chcę jechać i nie pojadę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz