Wydawało
mi się, że nie zdecyduję się już na wpis w tym miesiącu, a ostatni będzie zawierał
podsumowanie roku, jednak od kilku dni chodzi za mną potrzeba napisania „o
wszystkim i o niczym”, lecz do tej pory zmęczenie skutecznie mi to utrudniło.
Choć wydaje mi się, że uderzę konkretnie w świąteczną nutę jak zwykle wplatając w to wątki zbędne.
Święta to taki czas, w którym wszystko co poza religijne, jest dla mnie trudne,
a czasem niechętnie przeze mnie przyjmowane, choć staram się, mniej lub
bardziej dzielnie, wszystko przetrwać, przemilczeć i odesłać w niepamięć. Z
tegorocznego świątecznego czasu (poza poważnym wypadkiem samochodowym brata
mojej mamy wraz z rodziną), zapamiętam
wizytę u babci, kobiety, która wydała na świat dziewięcioro dzieci, w tym
mojego zagubionego (w różny sposób) ojca. Podczas różnych kalendarzowych świąt do
babci zjeżdża niemal cała rodzina, choć w zimowym okresie wizyty rozłożone są na
poszczególne dni, gdyż pojawienie się wszystkich na raz w niewielkim mieszkaniu
byłoby trochę niewygodne, co nie znaczy, że przez to niemiłe. Jak to bywa przy
odwiedzinach licznej rodziny, w domu robi się zaraz głośno, zwłaszcza, że część
cioć i wujków posiada pociechy w przedziale wiekowym 6-14, więc to hałaśliwy okres.
Do tego można dołączyć rozmowy przy stole, tym głośniejsze im więcej kieliszków
wódki wleją w siebie mężczyźni, a także włączony telewizor, momentami nie
wiadomo dla kogo. Od tego wszystkiego zwyczajnie zaczyna boleć mnie głowa,
zwłaszcza, że jestem przyzwyczajona do ciszy, na co dzień nawet nie słucham
głośno muzyki. Do fizycznego osłabienia mogę dodać jeszcze jeden czynnik. Babcia
ma dom, w którym ogrzewanie pomieszczeń zapewnia palenie w piecu znajdujący się
w kuchni, a jest to piec starodawny, taki z fajerkami, gdzie jednocześnie można
stawiać garnki i gotować, choć akurat kuchenkę gazową z piekarnikiem babcia też
posiada. (Kiedyś też mieliśmy piec. Do mojego dziesiątego roku życia, na jego białych
kafelkach, zawsze w zimie roztapialiśmy z bratem plastelinę. Potem była
przeprowadzka, w kuchni stała już kuchenka gazowa i nastały inne czasy.) Ogrzewanie
w ten sposób mieszkania sprawia, że temperatura w poszczególnych pomieszczeniach
jest różna, a że nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, czyli przy stole,
gdzie co chwilę zwracają uwagę na to, że mało jesz (bo przecież podczas świąt
zawsze je się dużo, a tym bardziej u babci), więc i moje ciało poddane zostaje „zmianom
klimatycznym”, co dodatkowo wypływa na mój ból głowy. Natomiast jeśli mowa o psychicznym
samopoczuciu podczas odwiedzin, na wizytę przeważnie zbieram się z lekką
niechęcią, bo zwyczajnie nie lubię tłumów, a do tego jestem ograniczona
tematycznie (choć może to tylko rozbieżność w repertuarze tematów, bo wiadomo,
ja mogę tylko o filmach, Korei Południowej i smutnym życiu, ale niekoniecznie
swoim) lub zwyczajnie nudna, więc siedzę w milczeniu, obawiając się, że zaraz
ktoś zada mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi. (W niektórych przypadkach
odpowiedzenie na zwykłe „co u mnie” nagle staje się najtrudniejszą rzeczą pod
słońcem.) Mimo wszystko mam to szczęście, że posiadam naprawdę miłe ciocie, jak
i wujków, i nigdy nie zdarzyło mi się z nikim wejść w ostrą dyskusję. Właściwie
nie mam w pamięci żadnej sytuacji, która pozostawiłaby we mnie niechęć do kogoś
z rodziny. Być może to zasługa rzadkich okazji do spotkań lub zwykłe potwierdzenie
tego, że najtrudniej w zgodzie żyje się z najbliższą rodziną (domownikami). W
każdym razie spotkania u babci po kilkunastu minutach od przekroczenia progu stają
nawet sympatyczne. Lubię obserwować otoczenie, przysłuchiwać się rozmowom
innych lub siedzieć z dziećmi, które nie zwracają na mnie zbytniej uwagi,
chyba, że sama do nich zagadam. W tegoroczne święta odwiedziliśmy babcię w
Wigilię (po Wigilii u drugiej babci) oraz 26 grudnia, kiedy przy stole
siedziała również moja młodsza o pięć lat siostra cioteczna z narzeczonym.
Biorą ślub w styczniu. Kiedy przyjechali, trzeba było trochę inaczej usiąść się
przy stole i tutaj miała miejsce jedna zabawna sytuacja, w której ciocie z
troską próbowały mnie przekonać, że siedzenie, jak to się mówi, na rogu stołu
(choć naprawdę nie siedziałam centralnie przed nim) nie jest dobrym pomysłem,
bo przecież zostanę starą panną. Oczywiście sytuacja mnie rozbawiła, bo nie
wierzę w zabobony, a tym bardziej za mąż się nie wybieram, więc mogłam potwierdzić
w ten sposób swój życiowy wybór, ale czasem lepiej nie zaczynać całej dyskusji
z cyklu „ale jak to nie chcesz wychodzić za mąż” lub „jeszcze ci się odmieni”,
bo wiem, że ani nie potrafiłabym tego krótko i sensownie wytłumaczyć, ani nie
miałabym siły na dyskusję, że jednak mi się nie odmieni, więc grzecznie oznajmiłam, że nie przejmuję się tym rogiem i było po kłopocie. Ostatecznie nie
ma sensu rozwodzić się nad czymś, co tak naprawdę nie ma żadnego wypływu na
życie moich wujków i cioć. Co najwyżej będą bawili się na jednym weselu mniej w
swoim życiu.
Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole,
pomyślałam, że mam dużą rodzinę, z którą miło od czasu do czasu posiedzieć w
zabawnej atmosferze. Jednak myśl ta utrzymała się do momentu, w którym nagle uświadomiłam
sobie jak bardzo nie pasuję do tego ładnego obrazka z wielu powodów. Przeważnie
wychodzi tak, że muszę odchorować świąteczne spotkania przez kilka dni, bo
zderzenia z obcym światem bywają równie fascynujące, co niebezpieczne, choć akurat w te święta wystarczył jeden dzień. Siedząc tamtego
popołudnia u babci przy świątecznym stole, przestraszyłam się nagle, że chyba
upadłam na głowę, wyrażając zgodzę na uczestnictwo w styczniowym weselu, choć trzy tygodnie temu naprawdę pomyślałam, że może to być ciekawe i zabawne doświadczenie, odciągające
mnie na moment od ciemnej strony mocy, ale przecież demony są przy mnie zawsze,
łażą za moimi plecami jak cień, więc jak mogłam być tak naiwna. Teraz zastanawiam się, ile dni zajmie mi
odchorowanie takiej rodzinnej imprezy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz