29.12.2014

842. Ile dni zajmuje odchorowanie rodzinnych spoktań?



Wydawało mi się, że nie zdecyduję się już na wpis w tym miesiącu, a ostatni będzie zawierał podsumowanie roku, jednak od kilku dni chodzi za mną potrzeba napisania „o wszystkim i o niczym”, lecz do tej pory zmęczenie skutecznie mi to utrudniło. Choć wydaje mi się, że uderzę konkretnie w świąteczną nutę jak zwykle wplatając w to wątki zbędne.
Święta to taki czas, w którym wszystko co poza religijne, jest dla mnie trudne, a czasem niechętnie przeze mnie przyjmowane, choć staram się, mniej lub bardziej dzielnie, wszystko przetrwać, przemilczeć i odesłać w niepamięć. Z tegorocznego świątecznego czasu (poza poważnym wypadkiem samochodowym brata mojej mamy wraz z  rodziną), zapamiętam wizytę u babci, kobiety, która wydała na świat dziewięcioro dzieci, w tym mojego zagubionego (w różny sposób) ojca. Podczas różnych kalendarzowych świąt do babci zjeżdża niemal cała rodzina, choć w zimowym okresie wizyty rozłożone są na poszczególne dni, gdyż pojawienie się wszystkich na raz w niewielkim mieszkaniu byłoby trochę niewygodne, co nie znaczy, że przez to niemiłe. Jak to bywa przy odwiedzinach licznej rodziny, w domu robi się zaraz głośno, zwłaszcza, że część cioć i wujków posiada pociechy w przedziale wiekowym 6-14, więc to hałaśliwy okres. Do tego można dołączyć rozmowy przy stole, tym głośniejsze im więcej kieliszków wódki wleją w siebie mężczyźni, a także włączony telewizor, momentami nie wiadomo dla kogo. Od tego wszystkiego zwyczajnie zaczyna boleć mnie głowa, zwłaszcza, że jestem przyzwyczajona do ciszy, na co dzień nawet nie słucham głośno muzyki. Do fizycznego osłabienia mogę dodać jeszcze jeden czynnik. Babcia ma dom, w którym ogrzewanie pomieszczeń zapewnia palenie w piecu znajdujący się w kuchni, a jest to piec starodawny, taki z fajerkami, gdzie jednocześnie można stawiać garnki i gotować, choć akurat kuchenkę gazową z piekarnikiem babcia też posiada. (Kiedyś też mieliśmy piec. Do mojego dziesiątego roku życia, na jego białych kafelkach, zawsze w zimie roztapialiśmy z bratem plastelinę. Potem była przeprowadzka, w kuchni stała już kuchenka gazowa i nastały inne czasy.) Ogrzewanie w ten sposób mieszkania sprawia, że temperatura w poszczególnych pomieszczeniach jest różna, a że nie potrafię siedzieć w jednym miejscu, czyli przy stole, gdzie co chwilę zwracają uwagę na to, że mało jesz (bo przecież podczas świąt zawsze je się dużo, a tym bardziej u babci), więc i moje ciało poddane zostaje „zmianom klimatycznym”, co dodatkowo wypływa na mój ból głowy. Natomiast jeśli mowa o psychicznym samopoczuciu podczas odwiedzin, na wizytę przeważnie zbieram się z lekką niechęcią, bo zwyczajnie nie lubię tłumów, a do tego jestem ograniczona tematycznie (choć może to tylko rozbieżność w repertuarze tematów, bo wiadomo, ja mogę tylko o filmach, Korei Południowej i smutnym życiu, ale niekoniecznie swoim) lub zwyczajnie nudna, więc siedzę w milczeniu, obawiając się, że zaraz ktoś zada mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi. (W niektórych przypadkach odpowiedzenie na zwykłe „co u mnie” nagle staje się najtrudniejszą rzeczą pod słońcem.) Mimo wszystko mam to szczęście, że posiadam naprawdę miłe ciocie, jak i wujków, i nigdy nie zdarzyło mi się z nikim wejść w ostrą dyskusję. Właściwie nie mam w pamięci żadnej sytuacji, która pozostawiłaby we mnie niechęć do kogoś z rodziny. Być może to zasługa rzadkich okazji do spotkań lub zwykłe potwierdzenie tego, że najtrudniej w zgodzie żyje się z najbliższą rodziną (domownikami). W każdym razie spotkania u babci po kilkunastu minutach od przekroczenia progu stają nawet sympatyczne. Lubię obserwować otoczenie, przysłuchiwać się rozmowom innych lub siedzieć z dziećmi, które nie zwracają na mnie zbytniej uwagi, chyba, że sama do nich zagadam. W tegoroczne święta odwiedziliśmy babcię w Wigilię (po Wigilii u drugiej babci) oraz 26 grudnia, kiedy przy stole siedziała również moja młodsza o pięć lat siostra cioteczna z narzeczonym. Biorą ślub w styczniu. Kiedy przyjechali, trzeba było trochę inaczej usiąść się przy stole i tutaj miała miejsce jedna zabawna sytuacja, w której ciocie z troską próbowały mnie przekonać, że siedzenie, jak to się mówi, na rogu stołu (choć naprawdę nie siedziałam centralnie przed nim) nie jest dobrym pomysłem, bo przecież zostanę starą panną. Oczywiście sytuacja mnie rozbawiła, bo nie wierzę w zabobony, a tym bardziej za mąż się nie wybieram, więc mogłam potwierdzić w ten sposób swój życiowy wybór, ale czasem lepiej nie zaczynać całej dyskusji z cyklu „ale jak to nie chcesz wychodzić za mąż” lub „jeszcze ci się odmieni”, bo wiem, że ani nie potrafiłabym tego krótko i sensownie wytłumaczyć, ani nie miałabym siły na dyskusję, że jednak mi się nie odmieni, więc grzecznie oznajmiłam, że nie przejmuję się tym rogiem i było po kłopocie. Ostatecznie nie ma sensu rozwodzić się nad czymś, co tak naprawdę nie ma żadnego wypływu na życie moich wujków i cioć. Co najwyżej będą bawili się na jednym weselu mniej w swoim życiu. 
Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, pomyślałam, że mam dużą rodzinę, z którą miło od czasu do czasu posiedzieć w zabawnej atmosferze. Jednak myśl ta utrzymała się do momentu, w którym nagle uświadomiłam sobie jak bardzo nie pasuję do tego ładnego obrazka z wielu powodów. Przeważnie wychodzi tak, że muszę odchorować świąteczne spotkania przez kilka dni, bo zderzenia z obcym światem bywają równie fascynujące, co niebezpieczne, choć akurat w te święta wystarczył jeden dzień. Siedząc tamtego popołudnia u babci przy świątecznym stole, przestraszyłam się nagle, że chyba upadłam na głowę, wyrażając zgodzę na uczestnictwo w styczniowym weselu, choć trzy tygodnie temu naprawdę pomyślałam, że może to być ciekawe i zabawne doświadczenie, odciągające mnie na moment od ciemnej strony mocy, ale przecież demony są przy mnie zawsze, łażą za moimi plecami jak cień, więc jak mogłam być tak naiwna. Teraz zastanawiam się, ile dni zajmie mi odchorowanie takiej rodzinnej imprezy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz