Pierwszy grudnia dwa tysiące czternastego
roku, jak to możliwe, że jeszcze żyję? Nie przebywam jednak wśród
żywych, lecz nieustannie o nich myślę. Codziennie do moich myśli wpada
ktoś ze znajomych, z którymi dzielą mnie kilometry lub milczenie, czasem
jedno i drugie. Czasem chciałabym podzielić się z nimi wieloma słowami,
a jednak życie nie polega na nieustannym zasypywaniu innych wyznaniami.
Nie raz zdobywałam się na szczerość i prosiłam, aby nigdy nie
zapomnieli moich słów, wiedząc, że może już nigdy nie będę miała okazji
powtórzyć ich drugi raz. Czasem, gdy próbuję zasnąć, boję się, że
zapomnieli jak wiele znaczyła dla mnie ich obecność na danym etapie
życia. Cieszyłabym się, gdyby nadal byli, lecz niektórzy gdzieś
zniknęli, a mi brak już odwagi, by burzyć ich spokój swoją
niespodziewaną i kłopotliwą obecnością. Oprócz „zapomnianych słów”, boję się też
całego grudnia, bo to miesiąc, w którym większość, mimo pogarszającej
się pogody, oczekuje pozytywnego czasu, zwłaszcza wraz z nadejściem
świąt, a odkąd pamiętam, u mnie w domu świąteczny czas z roku na rok
charakteryzuje się tendencją spadkową, czyli przemienia się w jedno
wielkie zbiorowe przygnębienie, z którego wynikają spięcia. Teraz jest
we mnie jeszcze więcej obaw, zwłaszcza po kolejnej kłótni, która odbyła
się ostatniego dnia listopada, chyba tylko po to, aby podsumować i tak
wystarczająco parszywy jedenasty miesiąc roku. Mam poczucie winy, że
żyję, więc boję się chyba jeszcze tego, że nie umrę wystarczająco szybko
lub wystarczająco szybko nie wydarzy się coś, co wyrwie mnie z cienia
śmierci. Tak naprawdę nie chciałam pisać o tym wszystkim, o czym
napisałam do tej pory. Wystarczyłoby tylko zaznaczenie nadejścia grudnia
i wspomnienie, że nie mam skąd wykombinować sukienki na styczniowe
wesele, ani butów, właściwie niczego, co pozwoliłoby mi przyjąć
zaproszenie. Nie mam nawet od kogo pożyczyć tego wszystkiego. Nie
posiadam też porządnej kurtki zimowej. W tamtym roku na jeden z
egzaminów wybrałam się w cienkiej, bo miała kaptur, a ja potrzebowałam
kaptura. Było wtedy minus dwadzieścia stopni, a na pewno wiał wiatr.
Czekając na miejski autobus, miałam wrażenie, że stoję w krótkim
rękawku. Przetrwałam, tak jak wszystkie minione zimy, z mrozem, smutkiem
i śmiercią w tle. Nie jestem jednak niczyim bohaterem, nawet swoim, co
nie znaczy, że nie byłam odważna, kiedyś. Teraz już nie jestem.
___Muzyka: Epik High (ft. Kim Jong Wan of Nell) – Amor fati
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz