1.12.2014

840. I believe in this drink, but they call me a non-believer.

Pierwszy grudnia dwa tysiące czternastego roku, jak to możliwe, że jeszcze żyję? Nie przebywam jednak wśród żywych, lecz nieustannie o nich myślę. Codziennie do moich myśli wpada ktoś ze znajomych, z którymi dzielą mnie kilometry lub milczenie, czasem jedno i drugie. Czasem chciałabym podzielić się z nimi wieloma słowami, a jednak życie nie polega na nieustannym zasypywaniu innych wyznaniami. Nie raz zdobywałam się na szczerość i prosiłam, aby nigdy nie zapomnieli moich słów, wiedząc, że może już nigdy nie będę miała okazji powtórzyć ich drugi raz. Czasem, gdy próbuję zasnąć, boję się, że zapomnieli jak wiele znaczyła dla mnie ich obecność na danym etapie życia. Cieszyłabym się, gdyby nadal byli, lecz niektórzy gdzieś zniknęli, a mi brak już odwagi, by burzyć ich spokój swoją niespodziewaną i kłopotliwą obecnością. Oprócz „zapomnianych słów”, boję się też całego grudnia, bo to miesiąc, w którym większość, mimo pogarszającej się pogody, oczekuje pozytywnego czasu, zwłaszcza wraz z nadejściem świąt, a odkąd pamiętam, u mnie w domu świąteczny czas z roku na rok charakteryzuje się tendencją spadkową, czyli przemienia się w jedno wielkie zbiorowe przygnębienie, z którego wynikają spięcia. Teraz jest we mnie jeszcze więcej obaw, zwłaszcza po kolejnej kłótni, która odbyła się ostatniego dnia listopada, chyba tylko po to, aby podsumować i tak wystarczająco parszywy jedenasty miesiąc roku. Mam poczucie winy, że żyję, więc boję się chyba jeszcze tego, że nie umrę wystarczająco szybko lub wystarczająco szybko nie wydarzy się coś, co wyrwie mnie z cienia śmierci. Tak naprawdę nie chciałam pisać o tym wszystkim, o czym napisałam do tej pory. Wystarczyłoby tylko zaznaczenie nadejścia grudnia i wspomnienie, że nie mam skąd wykombinować sukienki na styczniowe wesele, ani butów, właściwie niczego, co pozwoliłoby mi przyjąć zaproszenie. Nie mam nawet od kogo pożyczyć tego wszystkiego. Nie posiadam też porządnej kurtki zimowej. W tamtym roku na jeden z egzaminów wybrałam się w cienkiej, bo miała kaptur, a ja potrzebowałam kaptura. Było wtedy minus dwadzieścia stopni, a na pewno wiał wiatr. Czekając na miejski autobus, miałam wrażenie, że stoję w krótkim rękawku. Przetrwałam, tak jak wszystkie minione zimy, z mrozem, smutkiem i śmiercią w tle. Nie jestem jednak niczyim bohaterem, nawet swoim, co nie znaczy, że nie byłam odważna, kiedyś. Teraz już nie jestem.
___
Muzyka: Epik High (ft. Kim Jong Wan of Nell) – Amor fati

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz