Może już niedługo zapomnę, że piszczy mi w
uszach, choć wiem, że o tym nie da się zapomnieć, nigdy, mój najgorszy koszmar
reszty życia, o którym nie potrafię przestać pisać od prawie ośmiu miesięcy.
Myślę o żołnierzach, którzy ponieśli podobną szkodę na wojnie, nieustanne
przebywanie w hałasie niszczy słuch. Myślę o sobie i tamtym pechowym dniu, cierpię
cierpieniem nic nie wartym, cichym, niewidocznym, osobistym. Dawno temu
nauczono mnie czynić znak krzyża, więc od tamtego dnia codziennie to robię, modlę
się, jak zawsze, jak zwykle, więc jeśli nie wołam w trwodze, czy zostanę kiedyś
wysłuchana, pytam, choć ciągle próbuję nie myśleć, że na coś czekam.
Następny tydzień zapowiada się emocjonująco (i obiecująco?),
dużo niewiadomych, które mają sprawić, że przez kilka miesięcy będę opuszczać
dom na pół dnia, wyrwę się ze stanu otępienia, przygnębienia i nieróbstwa, a w
dodatku do moich kieszeni wpadnie parę gorszy (ale zanim to, upłynie dużo godzin
na zadłużeniu), parę gorszy, które nie pozwolą mi spełnić danych obietnic, a
złożyłam takich wiele mówiąc „jak będę mieć pracę i pieniądze na pewno was
odwiedzę”, niestety, moje życie to tylko „walka” o przetrwanie, nic poza, nic z
marzeń, nic, tylko aby nie brać z kieszeni mamy, bo moim wieku to wstyd i
porażka. Ostrzegają, abym uważała, skoro jadę odbyć zaległe indywidualne poradnictwo
zawodowe (które reszta grupy odbyła na miejscu) z przedstawicielem fundacji, w
budynku, który wujek google pokazuje jako zakład niemający nic wspólnego ze
szkoleniami, a jednak pojadę, zestresowana, bo jak opracować indywidualny plan
działania, jeśli nie ma się żadnego planu na życie i wszystkie odpowiedzi na
pytania brzmią „nie wiem”. Traktuję to poważnie, a jednocześnie jestem niepoważna,
bo chcę zrobić z tego kolejną przygodę, aby nie marnować wybujałej wyobraźni,
która kiedyś, aż trudno uwierzyć, była skąpa, o ile nie pusta. Ostatecznie poznawanie
nowych ludzi jest fascynujące, choć ściska mój żołądek do granic możliwości. Liczę
na kilka kilogramów w dół, bo jestem nierozsądna, liczę na to, w tym biegu, z braku
czasu na jedzenie, z braku snu przez podwyższoną adrenalinę, z powodu dłużących
się godzin na szkoleniach, bo każdy kilogram w dół będzie dodawał mi siły, lecz
mówię sobie, tylko zdrowo, zrób to zdrowo moja panno, bo masz anemię, która
wysysa siły, i powinnaś o siebie dbać. Tylko po co, tylko jak? Pół tego świata
jest zmęczona, więc czemu miałabym być w połowie żywszej. My, pokolenie ludzi
zmęczonych, którzy najchętniej przespaliby życie, ale biegniemy (czasem robiąc przystanki na odpoczynek, a wtedy pożera nas poczucie zmarnowanego czasu), bo nie mamy
wyjścia, choć nie wiemy dokąd i na mecie zamiast nagrody czeka tylko rozczarowanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz