25.02.2018

965.

Próbuję znaleźć odpowiednie słowo, które rozpocznie ten wpis, ale już czuję w kościach, że jest ich za dużo, tych słów, i że znowu napiszę za wiele, dlatego nie mogę wybrać żadnego. Za mną pierwszy tydzień w pracy; wraz z tym tygodniem zapomniałam, że jeszcze całkiem niedawno, chciałam tak jakoś po cichu umrzeć z braku nadziei na jakąkolwiek przyszłość. Odetchnęłam z ulgą, gdy nagle mój umysł stał się spokojny, gdy przestałam się martwić o to, że nie mam ani znajomych na wyciągnięcie ręki, ani pieniędzy, ani sensownej przyszłości. Gdy siedziałam pierwszego dnia w pracy przy biurku, docierało do mnie, że to będzie moje życie przez najbliższe osiem miesięcy i że po tym życiu znowu mogę nie mieć konkretnej przyszłości i już zaczęłam się stresować, że muszę natychmiast wymyślić kolejne rozwiązanie, aby po raz czwarty nie tonąć w tych obrzydliwych mrocznych myślach, ale w końcu pozwoliłam sobie na oddech i spędziłam pięć spokojnych i mroźnych dni nie myśląc o niczym konkretnym. Mój organizm zaczął znowu pracować regularnie, a bezsenność zniknęła. Zasypiam wcześnie, by wstać chwilę przed budzikiem. Pracuję w godzinach, które zabierają mi cały dzienny czas (od 10 do 18, przy czym na powrotny autobus czekam 45 minut), co sprawia, że rano i wieczorem trudno zrobić mi coś innego poza zwykłymi czynnościami, które przygotowują mnie na rozpoczęcie dnia, czy do jego zakończenia. Jednak po długim czasie siedzenia w domu, cieszę się, że dla odmiany mogę posiedzieć w pracy, a do tego mi za to zapłacą. Poza tym należę do tej grupy szczęśliwców, która ma zawsze wolne weekendy, więc wtedy na spokojnie mogę nadrobić wszystkie koreańskie zaległości. Ostatecznie wraz z latem i dłuższymi dniami wróci moja energia, co sprawi, że będę potrzebować mniej niż osiem godzin snu dziennie i uzyskam więcej czasu, choćby na codziennie ćwiczenia. W piątek wyszłam z pracy wprost w zimowy krajobraz i lekko pruszący śnieg, który błyszczał w świetle miejskiego blasku i poczułam się zwyczajnie szczęśliwa, jakby przetrwanie tych pięciu dni było sukcesem, za który otrzymam nagrodę - wolny weekend. Życie na chwilę stało się trochę lżejsze i pomyślałam przez chwilę, że któregoś dnia o tej porze będzie nam (takie mam życzenie) dane znowu wpaść na siebie, bo nie opuszcza mnie myśl, że już niedługo minie rok tej ciszy. Nie wiem, co myśleć o swojej pracy.Jestem zadowolona, bo to dopiero początek, poza tym zawsze ruszam do pracy z nastawieniem, że idę pracować, czyli pomagać ludziom, dla których pracuję, a wydaje mi się, że to na tyle dobre nastawienie, aby mimo trudności, które mogą się pojawić, być dzielną. Pracuję w wędkarskim sklepie stacjonarno-internetowym, przy czym obecnie do moich głównych obowiązków należy poprawianie i wystawianiem aukcji w sklepie internetowym. Siedzę swoim kącie, przy biurku, zakryta ze wszystkich stron, bo sklep jest mały. Przejścia między półkami nie mają nawet metra, wszędzie jest mnóstwo sprzętu, dużo bałaganu, ale jest przytulnie i klimatycznie, w ogóle to sklep mieści się w piwnicy i nie ma okien, tzn. jest jedno, które i tak jest czymś zaklejone, więc spędzam czas przy sztucznym oświetleniu, odcięta od świata, w dodatku pracuję w branży, gdzie nie wpadnę na nikogo znajomego i jakoś lżej mi z tym faktem. Na początku przyszło mi siedzieć na twardym drewnianym stołku, bo nic innego nie mieściło się między biurkiem, a półką za mną. W środę dostałam matę, żeby było mi miękko siedzieć, a w czwartek już krzesło z oparciem, bo przesunięto trochę sprzętu do przodu i dzięki temu nie bolą mnie już plecy. Za to na podłodze przy ścianie po lewej stronie ode mnie stoi mikrofalówka, więc muszę teleportować się na czas obiadu i w ogóle szkoda, że nie wstawię tu zdjęć, bo i tak niebezpieczne jest to, że po samym opisie mogliby mnie tu namierzyć, ale naprawdę miejsce jest malutkie, ale za wyjątkowe, tym bardziej dla kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia ani o rodzinnym biznesie, ani o wędkarstwie. To niesamowite, nawet dla mnie, że tam jestem i trochę stresuje mnie ten brak wiedzy, ale właścicielka podczas rozmowy kwalifikacyjnej (która nawiasem mówiąc w ogóle nie była rozmową kwalifikacyjną), powiedziała, że w nowej pracy trzeba nauczyć się nawet drogi do wc i widocznie uwierzyła, że nie sprawi mi trudności obsługa komputera, choć wiadomo, tu nie o komputer chodzi, a o to, że nawet przy głupiej aukcji można pomylić opisy ze zdjęciami, jak nie wiesz, z czego składa się wędka, ale nie oszukujmy się, uwielbiam takie monotonne zajęcia, tylko ja, komputer i moje myśli, więc to zawsze, jeśli czegoś nie wiem, pytam D., który przesiaduje zaraz obok mnie przy drugim biurku. Czasem z rana bywa też właścicielka lub właściciel (małżeństwo), ale z racji tego, że to nie ich jedyny sklep, nie przebywają tutaj ciągle. W sklepie pracuje też M., który zajmuje się przeważnie pakowaniem zamówień internetowych i nie mam z nim żadnego kontaktu, sam nie wiele mówi, zupełnie jak ja, więc w sumie dobrze. Za miesiąc przejmę po nim część obowiązków. W całym sklepie najbardziej zabieganą osobą jest już wspomniany D., bo zajmuje się wszystkim, więc sklepem, klientami, obsługą zamówień internetowych, wysyłkami, fakturami, mailami, kontrolowaniem M., no i pomaganiem mi, gdy czegoś nie wiem, choć zajmuje się też dotrzymywaniem mi towarzystwa, czyli rozmowami ze mną. Zastanawiam się, czy za te osiem miesięcy wyjdę stąd bardziej rozgadana i otwarta, czy wręcz przeciwnie - tylko zmęczona. Na razie nie przeszkadza mi, że opowiada o wszystkim i niczym, gdy tak siedzę i uzupełniam zdjęcia wraz opisami, a jeśli wraz z moim pojawieniem się tutaj, ma z kim porozmawiać, to niech tak będzie, mogę też opowiedzieć coś o sobie, tylko błagam, zero późniejszych historii w stylu: byłam za miła i ktoś sobie coś pomyślał. Och, jest w moim wieku i pracuje tu od 6 lat, nie wiem czy to ważne. I chyba nie muszę mówić, że klienci sklepu to w 99 procentach mężczyźni, a w dodatku działa tu koło wędkarskie i przychodzi pan skarbnik dwa razy w tygodniu, naprawdę chyba oszalałam, że zgodziłam się na przebywanie wśród mężczyzn. Poza pracą przy komputerze, zajmowałam się też metkowaniem, czy układaniem towaru, albo wprowadzaniu danych do wysyłek, i tak jakoś miło było robić coś z drugą osobą (bo wszystko tłumaczył mi D.), a wyobraźcie sobie, że od wieków nie pomagałam w jakimś zajęciu dłużej niż 5 minut i zadziwia mnie, że w tej pracy nie czuję się niekomfortowo przy obcych osobach, nawet przy właścicielce, pomijając temat jedzenia, bo z tym będę zawsze miała problem, nie lubię jeść przy innych, choć i tak tutaj jest sto razy lepiej, bo każdy zajmuje się swoim “talerzem” i jest mniej stresująco. Nawet ta mikrofalówka na podłodze jest w porządku. Na koniec wspomnę o czymś, co na początku mnie w jakiś dziwny sposób przygnębiło, bo już pomyślałam, że wpakowałam się w kolejny zbieg okoliczności i że po tej pracy nie będę mogła za sobą tak łatwo spalić mostów i znowu będę miała tych nieznajomych znajomych, których spotykasz raz na rok i nie wiesz co odpowiedzieć na pytanie “co u ciebie” , bo masz niestabilne życie w każdym jego wymiarze i najlepiej to niech nikt o nic nie pyta, ale tak jakoś wyszło, że z czwórki braci, to z tym nie utrzymuje kontaktu, więc tak trochę odetchnęłam z ulgą. O czym piszę? Okazało się, że D. ma brata, który jest moim sąsiadem z góry. Ten świat jest dla mnie zdecydowanie za mały. Niestety, okazuje się, że jest też za duży, bo to już prawie rok tej ciszy i chcę za to kogoś obwinić, ale mogę tylko siebie.

5 komentarzy:

  1. Cieszę się, że znalazłaś pracę :) Takie przebywanie w innym miejscu z jakimkolwiek innym osobnikiem pomaga odciągać od przygnębiających myśli. Zwłaszcza, że na początku sama możesz zadawać dużo pytań w kwestii pracy. Ale z tego co pisałaś poprzednio, to też jest staż, prawda? W sensie, wierzę, że jak się dobrze spiszesz, to po tych kilku miesiącach może zapropobuja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, moje ponure myśli się rozproszyły i odetchnęłam z ulgą, że w końcu coś się zmieniło.

      Żaden stażysta przede mną tutaj nie został, a przez 6 lat było ich trochę. M. spisuje się dobrze, ale nie zostanie, bo nie ma takiej potrzeby - jestem już ja. Wędkarstwo jest branżą sezonową. Sezon zaczyna się w maju, a kończy chyba we wrześniu. Potem jest zastój, W zimie niektórzy też łowią, ale od września do mroźnej zimy daleko (bo łowią pod lodem, chyba), więc taki mały sklep nie potrzebuje aż tylu osób do pracy, a tak się składa, że skończę 20 października, czyli w czasie, gdy moja obecność będzie tutaj zbędna. Poza tym zajmuję się poprawianiem aukcji na allegro, które wprowadziło zmiany, więc ze starego edytora trzeba wszystko przenieść do nowego, dlatego głównie tu jestem, choć wiadomo, jak sezon ruszy pełną parą będę musiała pomagać we wszystkim, ale jak aukcje zostaną poprawione, to co ja mogę. Niestety wędkarzem nie jestem, a patrząc na to, jak dobrze trzeba się na tym znać, aby komuś doradzić jako sprzedawca (no bo wędkarski sprzęt to nie np. ubrania, które kupuje każdy), dlatego nie dziwię się, że chcieli kogoś, kto ma już o tym jakieś pojęcie. Dodam też do tego fakt, że skoro jestem na trzecim stażu, wiem jak to tutaj wygląda - pracodawcom opłaca się bardziej co roku przyjmować nowych stażystów i dostawać za to pieniądze niż zatrudnić pracownika., nawet jeśli jest dobry. Owszem, może zdarzyć się cud, ale sama nie wiem, czy chcę. Ostatecznie ci sami właściciele mają sklep z bielizną i tam też przyjmują stażystów, więc mogłabym pójść na kolejny staż, bo akurat w tym samym czasie co ja zaczęła pracę jedna dziewczyna, więc powinniśmy skończyć w tym samy miesiącu. Naprawdę chciałabym się stąd wyrwać, więc perspektywa kolejnego stażu mnie nie cieszy, ale z drugiej strony, co ja ze sobą zrobię. Czy kiedykolwiek wpadnę na wywracający do góry nogami życie pomysł? Nie wiem, co mnie bardziej trapi, kolejny rok pracy tutaj (2019), czy zostanie bez pracy tutaj. 2017 rok miał być moim ostatnim czasem w tym miejscu, a tu nagle wyszło, że w 2018 nadal tu jestem i będę i nie wiem, jestem zdezorientowana, ale tak, też cieszę się, że mam obecnie zajęcie i to najważniejsze. :)

      Usuń
    2. Kiedyś już poruszałyśmy temat pracy w komentarzach u mnie na blogu i aż sobie wróciłam do Twoich komentarzy tam. Cóż mogę rzec? Pytałam wtedy o wyjazd za granicę, ale rozumiem obawy. Sama byłam kilkukrotnie za granicą i poza jedną jedyną pracą, do której wracałam co wakacje (to było sprzątanie samolotów na lotnisku w Amsterdamie), to każda inna wyglądała właśnie tak jak wspominałaś: albo jest praca albo nie. Trzeba mieć naprawdę mega szczęście, żeby przez agencję trafić na taką ciągłą pracę. No ale generalnie wiesz - opcja kilkumiesięcznej pracy za granicą brzmi o tyle zachęcająco, że jak się trafi dobrą fuchę, to można się przemęczyć i zarobić nawet na ten wynajem mieszkania w większym mieście. Wiem, że to się łatwo mówi. Sama tak nie zrobiłam, bo miałam dość XD" ale próbowałam. Z drugiej strony, jak będziesz na tym stażu do października, to zawsze możesz próbować coś odłożyć (?) W sumie nie wiem, bo te staże z urzędów pracy są mało płatne? Ech, czytam tak o tych Twoich poszukiwaniach i aż mi głupio, że ja tak jęczałam, gdy przez dwa miesiące pracy znaleźć nie mogłam. A są ludzie w różnych sytuacjach. Niestety :( No nic, pocieszające może być to, że chociaż w CV już masz co wpisać ;) ale wiesz, życie bywa zaskakujące. Kto wie, może nagle pojawi się na horyzoncie jakieś optymistyczne rozwiązanie?

      Usuń
    3. Pewnie wyjazd za granicę rozwiązałby wiele moich problemów (czyli pieniądze, ale mógłby też przysporzyć dużo więcej nowych. Bo jak sama wspomniałaś - trzeba mieć szczęście. Ja nie ufam żadnej agencji, nie mam też znajomych, którzy mogliby mi coś polecić, a tym bardziej ze mną wyjechać. Myślę, że dużo ograniczeń noszę sama w głowie, a to jest tak naprawdę najtrudniej przeskoczyć.
      Oczywiście, że będę próbować coś odłożyć - nie mam innego wyjścia. xD Ale na same dojazdy do pracy wydam przez ten czas 1600 zł. Zastanawiam się nad kupnem roweru - nie jakiegoś wypasionego - wystarczy taki abym mogła w miarę szybko dojechać do pracy te 10km w jedną stronę - a resztę odłożyć.
      Nie ma co Ci być głupio. Dwa miesiące, osiem miesięcy, czy trzy tygodnie - bezrobocie zawsze ma ten sam gorzki smak, a do tego każdy jest inny i niektórzy naprawdę nienawidzą siedzieć w domu, czy nie potrafią żyć bez pracy.
      Wierzę, że wszystko może się zdarzyć, a jednocześnie wiem, że jak nie kiwnę nawet palcem, to nic z tego. Na razie nie będę martwić się tym co dalej, jest za zimno na takie poważne rozmyślania. ;)

      Usuń
  2. Zaproponują Ci stałą współpracę? Never say never!
    (piszę z telefonu i mi zjechał palec na przycisk, dlatego kończę w drugim komentarzu)

    OdpowiedzUsuń