8.03.2018

966.

To już marzec, a ja ciągle mam przed oczami widok z okna na rozświetlone niebo sylwestrowymi fajerwerkami i tak samo nic mi się nie chce. Nie myślę o tym, a jednak to coś tkwi gdzieś we mnie, jakbym przez te wszystkie miesiące obawiała się, że to nadejdzie i nadeszło - minął już rok. Jestem zła, że to wkrada się nawet w moje sny i nagle coś, co nie ma wielkiego znaczenia, przybiera rozmiar zbyt duży, aby dźwigać go w sobie. Gdy było jeszcze mroźno, spóźniłam się na autobus powrotny po pracy do domu. Nie dość, że czekałam na niego 45 minut (jak zawsze), to będąc spóźnioną, musiałabym czekać na następny godzinę, gdyby nie przyjechał po mnie brat. Nie lubię czuć się od kogoś zależna, a tym bardziej prosić o coś młodszego brata, który rzadko kiedy nagina swoją rzeczywistość, aby dopasować się do innych, więc gdyby nie te minus dwadzieścia na termometrze, poczekałabym pokornie na ostatni bus. Szłam w stronę sklepu, aby trochę się ogrzać, zanim przyjedzie mój wybawca i pierwsza rzecz, jaką zrobiłam, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, to zaczęłam płakać. Wcale nie chodziło o mróz, spóźnienie, czy brata. Dotarło do mnie, że przez ostatnie miesiące zainwestowałam dużo swojej energii w to, aby trzymać się w kupie i nie pamiętać o innych rzeczach, które spędzałyby mi sen z powiek w tym czasie. Nawet gdy traciłam nadzieję, nie zdarzyło mi się płakać, tymczasem wraz ze stabilizacją, powrócił do mnie cały wachlarz emocji. Oczywiście byłam na siebie zła za to, że się tak głupio rozpłakałam. Nie lubię takich dramatycznych scen w swoim wykonaniu, choć nikt nie patrzył. Poza tym po 18 jest nadal ciemno. A jednak zapłakałam nad zbliżającym się wtedy marcem. Szłam i myślałam, że to już rok i płakałam jeszcze bardziej ze złości na siebie, że pozwalam sobie o tym myśleć. Teraz, gdy o tym piszę, to już nie ważne, aż do momentu, w którym znowu mnie dopadnie i ściśnie za gardło. Boże, naprawdę nigdy nie dojdę do tego, co jest rzeczywistością, a co wymysłem moje wyobraźni. Nigdy nie wiem, czy płaczę za czymś, co istnieje, czy tylko za moim osobistym obrazem rzeczywistości, który przechowuję w pamięci. Podobno tęsknimy nie za osobami, a tym, jak czuliśmy się w ich obecności. Może. Może tak jest. Ale czy jeśli nie jesteśmy w stanie znaleźć drugiej osoby, której obecność przyniesie nam taką samą radość, czy spokój ducha, to nie oznacza, że tęsknimy za tą konkretną osobą? Nie wiem. Chyba odechciewa mi się tęsknić za kimkolwiek i może po prostu wymarzę was z pamięci raz na zawsze i tyle. Bo po co mi to? Po co mi te wszystkie przemyślenia, które prowadzą tylko do bólu głowy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz