9.02.2019
1021.
Jestem zestresowana faktem, że za niecałe dziewięć miesięcy zostanę bez pracy (nie, nie jestem w ciąży, nie wiem czemu, ale pisanie o dziewięciu miesiącach zawsze brzmi podejrzanie) - na własne życzenie - i najlepiej byłoby, gdybym już dziś, teraz, właśnie przed północą, wymyśliła dla siebie nowe życie, to życie, które próbuję wymyślić od zawsze i nigdy mi nie wychodzi. Jestem tak zestresowana, że rozdrapałam już całą twarz i nie wiem, jak ją zakryć bez nakładania tam czegoś tak lepkiego jak podkład. Nie używam taki rzeczy już od roku, może dlatego że nie widuję znajomych ani ludzi, gdzie zależałoby mi na porządniejszym wyglądzie, a praca w piwnicy to jak praca w grobie, i choć był taki film, gdzie w zakładach pogrzebowych upiększano zwłoki, to mi to zupełnie niepotrzebne. Patrzę ze smutkiem w lustro, ale nie potrafię jednocześnie przestać dotykać twarzy. Drapałam cały dzień te przedmiesiączkowe wypryski. Zawsze obiecuję sobie, że nie będę patrzeć na twarz z bliska, przecież to niedorzeczne, nikt nie staje tak blisko mnie, aby zobaczyć rozszerzone pory. Myślę, że moje dotykanie twarzy ma charakter nerwowy, a gdy poziom hormonów się zmienia, mi drastycznie spada chęć do życia i jestem okropnie zmęczona. Skupienie się na czymś tak bezmyślnym jak swoja twarz, pozwala odciąć się od rzeczywistości. Chciałam zapuścić grzywkę, a właściwie to jej się pozbyć, ale dzisiaj moje czoło pokryło się plamami, więc po dwóch miesiącach ją ścięłam, aby ukryć swoją własną winę. Pewnie zacznę przez kilka dni chodzić w rozpuszczonych włosach, aby zakryć policzki, choć będzie to trudne o tej porze roku, bo moje włosy cały czas są naelektryzowane. Mogłabym sięgnąć po odżywkę, ale oznaczałoby to codziennie mycie głowy, a na to na pewno nie mam siły. Czy mam na cokolwiek siłę zimą, w dodatku przed okresem, którego wyczekuję jak choroby? Moja hemoglobina mogłaby być zdecydowanie wyższa, ale wychodzi na to, że nie potrafię utrzymać jej na właściwym poziomie. Moja blada twarz uwydatnia jeszcze bardziej każde zaczerwienienie, choć zaczerwienienia byłby bardziej widoczne, gdybym w moich żyłach płynęło więcej czerwonych krwinek. Kiedy jestem zasmucona swoim wyglądem, a nie zdarza się to często, bo staram się odcinać od siebie jako od istoty cielesnej, to nie mogę wręcz funkcjonować dopóki mój wygląd się nie poprawi. Wtedy myślę (wcale nie nawinie, bo to działa), że będę szczęśliwsza, jeśli wygląd mojej cery się poprawi. Zanim to nie nastąpi nie chcę widzieć nikogo, a raczej nie chcę, aby ktokolwiek na mnie patrzył, więc nie chcę wychodzić z domu, ale muszę, więc z przymusem otwieram drzwi mieszkania i myślę sobie, że to bardzo niesprawiedliwe, że ktoś jest naturalnie piękny. Niesprawiedliwe jest, gdy ktoś ma ładną twarz i czarujący uśmiech i nie musi robić wiele, bo przemyje twarz wodą i rozczesze piękne gęste włosy i wygląda tak, że wszyscy westchną z zazdrości. Właściwie to codziennie patrzę na osoby, które są pięknie fizycznie, a do tego utalentowane, a jeśli nie utalentowane, to ciężko pracujące, aby ten talent mieć, a gdyby tego było mało, mają też serca tak ciepłe, że ten żar przebija do mnie przez ekran. Myślę, że atrakcyjność osoby polega przede wszystkim na tym, jaki ktoś jest, a im więcej w tym kimś życia i dobrych myśli, tym jaśniejsze bije od tego kogoś świtało. Zdarza mi się też widzieć wiele piękna w ludziach cierpiących, ale nie są oni wypełnieni cierpieniem złości, a cichym bólem istnienia. Tymczasem spoglądam w lustro i widzę kogoś odpychającego. Brzydka twarz, brzydkie ciało i brzydkie myśli. Już nawet ciekawość nie przyciąga do mnie ludzi, bo odkryłam wszystkie karty. Nie chce mi się już udawać kogoś, kim nie jestem. Ale muszę udawać przez najbliższe dni, że mam ładną cerę, aby nie płakać na widok samej siebie, bo jednak nie da się ukryć, że jeszcze istnieję. (Ten rym na koniec to tak specjalnie, aby uczynić ten wpis jeszcze bardziej żałosnym.)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz