16.02.2019

1022.

Moje pierwsze zdanie miało brzmieć: nienawidzę być kobietą, ale to nieprawda, nienawidzę być sobą. Do tego stało się coś dziwnego - nie istnieję. Niestety, gdy tylko patrzę w lustro moja zmasakrowana twarz przypomina mi, że jeszcze jestem i jest mi smutno, bo znowu sobie to robię i nie rozumiem, czemu przez coś takiego bezsensownego jak hormony muszę męczyć się w wieku prawie średnim z problematyczną cerą. Może gdybym nie była taka zestresowana. Nie rozumiem, czemu będąc nieżywą dla świata nadal muszę gromadzić w sobie stres. Najbardziej stresuje mnie praca i to nie tak, że obowiązki, które wykonują wiążę ze stresem, wręcz przeciwnie, siedząc w moim kącie zasłonięta towarem, czasem zastanawiam się, czemu pracuję tak ciężko, jak mogłabym przez większość czasu udawać. Czy to niesamowite, że mimo całej swojej beznadziejności nie potrafię jednej rzeczy - utracić poczucia, że skoro płacą mi za pracę, to będę wykonywać ją najlepiej jak potrafię? Mimo to nie mam w sobie wielkiego zapału. Obowiązki wykonuję automatycznie i niemal jak w transie i tylko odliczam godziny do mojego wyjścia, bo gdy wychodzę, czuję, że jestem wolna, choć niekoniecznie żywa. Usłyszałam jak szefowa powiedziała D. (ale nie w tajemnicy), że jestem, ale tak, jakby mnie nie było. Powiedziała to miłym tonem i jakbym z niedowierzaniem, że tak można. Nie mogę temu zaprzeczyć. Nie potrafię tam już inaczej funkcjonować normalnie. Przychodzę do pracy jako pierwsza. Otwieram wszystko i czuję się jak złodziej. W środku jest bardzo cicho, tym bardziej w okresie zimowym, za to słychać wszystko, co dzieje się nad nami, cały poranny rytuał sklepu mięsnego. Siedzę przed komputerem i staram się skupić na pracy do momentu przybycia szefowej. Wychodzi mi to różnie, zwłaszcza, że pracuję na trybie oczekiwania i każde dźwięki dochodzące z klatki schodowej sprawiają, że czuję się jak w filmie grozy, gdzie podąża za tobą morderca i tylko nasłuchujesz z wstrzymanym oddechem kroków, by wiedzieć czy oprawca się już zbliża, czy jeszcze nie. Za każdym razem, gdy słyszę jak ktoś pociąga za klamkę i widzę, że to nie szefowa, a klient (których obsługa nie należy do moich obowiązków), jestem zawiedziona i boję się usłyszeć pytania, na którego nie znam odpowiedzi. Mój mózg jest tak zablokowany, że nie potrafię wykonać najprostszej czynności matematycznej w pamięci i nie rozumiem, czemu nikt mnie poinformował, gdzie leżą rzeczy, które daje się w gratisie, bo tak jest napisane na opakowaniu i czemu nikt mi nie powiedział, że takie opakowania z gratisami mamy i przez to wychodzę, w sumie na tego, kogo jestem, niedouczone dziecko, zarówno w kwestii branży, jak i obycia z klientem. Szefowa zawsze rozmawia z klientami, większość spędza tam długie minuty tylko dlatego, aby pogawędzić o życiu i tak się składa, że nagle słyszę tę samą historię przez cały tydzień, bo o tym szefowa musi opowiedzieć każdemu, a mnie zadziwia, że mimo iż siedzę gdzieś w oddali, w swoim smutnym kącie i pracuję, rejestruję dużo więcej niż inna osoba, która znalazłaby się na moim miejscu. Jak na kogoś, kto wchodzi w minimalne interakcje ze współpracownikami, wiem o nich bardzo dużo i znam ich codziennie rytuały chyba nawet lepiej, niż oni sami. Kiedy porównuję miniony rok tutaj z moim obecnym czasem, widzę jak bardzo to miejsce mnie zmieniło. Oczywiście na gorzej. Może ten mur w koło mnie widać bardzo wyraźnie, ponieważ od momentu, w którym łazienka stała się moim wrogiem, nie wymieniam z D. nic więcej poza “cześć”. Nie rozmawiamy ze sobą wcale, co jest mi na rękę, bo nie chcę rozmawiać z nikim o sobie, ale wiem, że nie tak powinna wyglądać atmosfera w pracy. Szefowa dużo opowiada, taka już jest, mi to wcale nie przeszkadza, ale jestem zestresowana, bo wiem, że taki rodzaj bycia zawsze wymaga reakcji, a nigdy nie wiem, co powiedzieć, jak się zachować, jakie oczekiwania wobec mnie rozmówca i czemu, gdy ktoś do mnie mówi, jak myślę o tym, że nie wiem, co zrobić ze swoim życiem i że rozmówca nie wie, że chcę za jakiś czas zniknąć z tego miejsca i krępuje mnie to, że jestem traktowana tak dobrze i nie chcę budować żadnych relacji, w miejscu, z którego zniknę. Jestem zawiedziona sobą, a jednak nie wiem, jak mam zacząć mówić. Po prostu nie wiem. Moje słowa nie materializują się w moim głosie. Wygląda na to, że w mojej pracy najbardziej stresującym elementem jest moje nieistnienie. Ostatni raz najbliżej siebie byłam 25 listopada. Nawet późniejsze spotkanie z przyjaciółkami nie sprawiło, że czułam się sobą w ich towarzystwie i to mnie zasmuca najbardziej, już nigdzie nie potrafię być sobą, bo czuję, że świat nigdy nie zaakceptuje mnie z tym wszystkim, co noszę w sobie. Mogłabym napisać, że sobą potrafię być tylko tu, w tych słowach, ale nie jestem przekonana, czy i to byłoby prawdą. Może zgubiłam siebie w momencie, w którym zrozumiałam, że nie mogę być przed własną rodziną, czyli przed kimś, kto w założeniu jest uosobieniem kogoś najbliższego. Od tamtej pory nie potrafię się odnaleźć, czyli pewnie od czasów gimnazjum. Ciągle powtarzam te same błędy, ciągle wracają te same koszmary, ciągle uciekam od chęci poddania się, którą potrafię zatrzymać tylko nieistnieniem i pustymi myślami, w innym przypadku rozpadam się bardzo szybko, bo dociera do mnie, jak bezużyteczne jest moje życie. Im rzadziej wchodzę w interakcje z realnym światem, tym pozytywniejsze są moje myśli. Czasem ktoś wpada do mojej głowy i zastanawiam się, czy może spacerujemy razem po tych samych wspomnieniach, czy może pojawiam się w czyichś myślach jako ktoś warty zapamiętania, ale nie, przecież nie istnieję, i te osoby też nie istnieją w moim życiu, więc radośnie włączam kolejny live z kimś, kogo lubię słuchać i mam towarzystwo, które nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku, bo przecież tylko słucham wpatrzona. Spotykanie ludzi jest trudne, a nikt nie chce podjąć tego wysiłku względem mnie, nikt nie pragnie spotkać prawdziwej mnie. Może sama nie mam odwagi na spotkanie ze sobą, choć mam wrażenie, że poza brakiem odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie potrafię swobodnie rozmawiać z ludźmi i czemu ciągle odkrywam w sobie dziwną pustkę, która sprawia, że życie nie ma sensu niezależnie od tego, jak nim kieruję, znam siebie wystarczająco, aby wiedzieć, że nie jestem wystarczająco dobra, aby istnieć w realnym świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz