Mam pięć minut i tak wiele do napisania. Ostatnie wpisy tutaj nie brzmiały zbyt optymistycznie, ale prawda jest taka, że tutaj żaden nie brzmi optymistycznie. W weekendy oddycha się jeszcze ciężej; nagle wypada się z codziennego zapracowanego tygodnia i można więcej myśleć i częściej spoglądać w lustro. W poprzednim wpisie miałam się gdzieś nie pojawić, ale okazało się, że mogę i z wielką radością w sercu pojechałam na wydarzenie, w którym zawsze chciałam uczestniczyć. To dziwne, że na przeciwko stał budynek mojego wydziału (i jak się okazało nadal stoi) i choć przez pięć lat codziennie widziałam ten sam smutny obrazek obozu koncentracyjnego idąc na zajęcia, nigdy nie przekroczyłam bramy muzeum. Ledwo wcisnęłam się w autobus miejski pełen ludzi. Byłam spóźniona, bo rozkopano jedną z głównych ulic, przez co musiała iść i iść, a do tego zaczęło lekko kropić. Mimo to czułam, jak wstępuje we mnie życie, bo po pracy zamiast wrócić do domu i zaszyć się w nim na dobre, wyszłam do ludzi. Myślałam, że zimowa kurtka kwietniowym wieczorem okaże się za gruba, zwłaszcza po saunie w autobusie, ale po trzech godzinach drogi pomyślałam, że mogłam nałożyć też zimowe buty. Kiedy znalazłam się pod pomnikiem, moje oczy błądziły po zgromadzonym tłumie. Szukałam swojego brata, który przyjechał przede mną ze swoją grupą. Próbowałam zadzwonić, ale telefon milczał. Przesuwałam się ku przodowi i patrzyłam w setki nieznajomych twarzy. Każdy był z kimś, tylko ja, jak zawsze sama, z wyboru lub z przymusu. I nie wiem czemu, ale nagle zauważyłam kogoś, kogo nie powinnam. Nagle poczułam się tak, jakby nie powinno mnie tu być. Przyjechałam się tylko pomodlić. Wspólnota, miejsce i ważny czas sprawiają, że potrafię prawdziwie skupić się na modlitwie i przeżyć coś, czym powinna być wypełniona moja codzienność. Niestety, na co dzień naprawdę trudno skupić mi się na czymkolwiek, mam okropnie rozbiegane myśli. Może gdy jadę lub wracam z pracy, albo czekam na autobus, potrafię oddać swoje myśli Bogu. Czasem zajdę przed pracą do kościoła, który mam tuż pod nosem, ale to naprawdę niewiele, ale móc mówić o modlitwie przemieniającej życie. Przyjechałam tam, aby wypełnić swój czas czymś dobrym i nie zmarnować bezsensownie kolejnego wieczoru, ale gdy moje oczy powędrowały w tamtą jedną stronę, nie wiedziałam, czy mam już zacząć panikować, czy jeszcze nie. Naprawdę boję się, że ludzie pokrętnie odczytają moje intencje i uznają za wariatkę, która próbuje, aby coś chorego wyglądało jak zwykły zbieg okoliczności. Ale to był zwykły zbieg okoliczności. Odwróciłam wzrok i weszłam głębiej w tłum, myśląc, że zaraz się rozpłaczę. W tamtym momencie bardzo chciałam natknąć się na mojego brata. Nie chciałam być sama, a jednak przeszłam całą drogą krzyżową bez znajomej twarzy obok. Mimo to nie byłam sama, byłam w tłumie ludzi i zapomniałam o wszystkim, skupiając się na modlitwie. Wróciłam do domu zmęczona, trochę zmarznięta, ale byłam bardzo szczęśliwa, mimo że cały dzień poza domem w warunkach niesprzyjających odbił się na mojej twarzy. Potem nastał weekend, bolała mnie głowa, bolała mnie twarz i bolało mnie życie i każdy brak we mnie. Runęła też na mnie lawina niepotrzebnych przemyśleń. Zrobiło mi się głupio, że moja nadzieja na zmiany tak szybko się kończy, bo równie szybko ponownie się potykam. Nie rozumiem, a może nie chcę zrozumieć, że powinnam dać temu spokój, bo niezależnie od tego, co zrobię, ostatecznie to nie będzie miało znaczenia. Czas więc podnieść się ponownie i odciąć myśli od wszystkiego, bo to jest Wielki Tydzień, najważniejszy czas w roku dla mnie. Chciałabym przemienić swoje serce, ale tak naprawdę, aby już nigdy więcej nie modlić się o śmierć, ale o dzielne serce, które przetrwa wszystko, a nawet będzie w stanie bić dla innych. Dlatego proszę, zrób coś, bo sama nadal nie wiem, jak się od tego uwolnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz