Czerwiec, a przecież jeszcze nie zdążyłam wspomnieć o tym, co wydarzyło się w maju. To nie tak, że wydarzyło się coś ważnego, ale są dwie rzeczy, o których chciałabym napisać. O tym, jak przetrwałam tydzień w pracy, którego miałam nie przetrwać i czemu postanowiłam pojechać na wydarzenie, na który zawsze chciałam się znaleźć, a nigdy nie mogłam ze względu na późną porę jego trwania. Och, właściwie to wtedy był już pierwszy czerwca. Oba wydarzenia zbiegły się w czasie i można powiedzieć, że moje kończące się (oby) przeziębienie było skutkiem osłabienia i stresu. Właściwie, gdyby na starość nie zaczęło mnie dobijać coś takiego jak migreny związane z okresem, pewnie zniosłabym wszystko lepiej. Wysłali mnie do galerii, obsługa klienta, to coś, czego bardzo nienawidzę, a że nie potrafię odmawiać i pracuję w miejscu, gdzie nie stać “nas” na kolejnych pracowników, nie miałam wyjścia. To jeden z powodów, dla którego nie chcę tam zostać. Pracować na “śmieciową” umowę, do tego stres związany z czasem oczekiwania przejścia z jednej umowy na drugą i jeszcze “kłamanie”, że nie ma się pracy, jak się ją ma. Naprawdę lubię swoją pracę, jeśli myślę o niej jako wykonywanej czynności, ale wszystko co poza tym, czasem jest tak trudne, że mam wrażenie, iż te dwa lata zmieniły mnie na gorsze. Choć na pewno cała wina nie leży tylko po stronie pracy. Nie wiem, czemu każdy kontakt z ludźmi wywołuje we mnie ogromny stres, jakbym nie wierzyła, że życie polega właśnie na tym - na rozmowie z ludźmi - ale może moja samoocena jest tak niska (a naprawdę staram się nie pamiętać, że coś takiego jak samoocena istnieje), że czasem nie potrafię uwierzyć, że mogę być tym, kim jestem i że ludzie mnie zaakceptują i że jak przychodzą na zakupy, to nie dlatego, aby wypominać mi błędy. Jedna chodzi o coś zupełnie innego. Stając przed klientem czuję, że kogoś gram. Po części obsługa klienta na tym polega; przecież są specjalne szkolenia, które uczą, jak powinniśmy zachować się w kontaktach z innymi, aby być fachowcami w swojej dziecinie. Mnie jednak stresuje nawet głupie wydawanie reszty, a tutaj nie ma “wyświetlania reszty”. W galerii natomiast był, więc było mi trochę lżej. Tak naprawdę moje wszystkie obawy okazały się niesłuszne i zostałam pochwalona, że w kilka dni umiem więcej niż inny. Ale bycie profesjonalną kosztowało mnie dużo, a na końcu pozostał gorzki smak, że chwalą kogoś, kto w rzeczywistości nie istnieje. Oni nie wiedzą, że czuję ogromną pustkę, gdy wchodzę w interakcję z klientem, a jednocześnie ogromny stres, właśnie przez to, że ta pustak sprawia, że czasem nie wiem, co mam robić. Naprawdę wtedy nie myślę i jedyne czego chcę w tym momencie, to żeby to już się skończyło. Nie chcę tak działać, ale nawet zmiana nastawienia nie pomaga; mój umysł wie lepiej - mam cierpieć. Podobno, gdy przejdzie się przez tę samą sytuację kilkaset razy, jest lepiej, ale nie, u mnie jest jeszcze gorzej. Pamiętam jak ostatniego dnia wybierałam bieliznę dla klienta. Młody mężczyzna przyszedł z córeczką, może czteroletnią, aby kupić mamie majtki. Kucałam przed szufladą, próbując coś wybrać, choć tak naprawdę moja znajomość stanu rzeczy na sklepie piątego dnia nadal nie była fantastyczna. Czułam się bardzo zagubiona, a nie przyszło mi do głowy, aby wypytać o coś więcej poza kolorami, które podano. Wyjęłam wszystko z pudełek, których potem nie mogłam znaleźć, i pewnie gdyby mojego stresu nie podbiło napięcie miesiączkowe, może nie rozpłakałabym się zaraz po wyjściu klienta. Naprawdę klęczałam przed szufladą porozrzucanych majtek i nie wiedziałam jak powstrzymać łzy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pan był przemiły i cierpliwy i kazał mi się nie denerwować. Ze wstydu ani razu nie spojrzałam na jego twarz. Właśnie to do mnie dotarło. Nie wiem kim był. Na odchodne powiedział, abym się nie stresowała, nawet powiedziała to jego córeczka - nie wolno się stresować, bo to szkodzi. Gdyby tylko wiedzieli, jak wygląda moje wewnętrzne życie. Ten stres ma tysiąc imion. Wróciłam do domu z bólem głowy, a jednak już w sobotę rano wpadłam na pomysł, aby pojechać właśnie tam. Nawet zignorowałam fakt, że lekko zaczęło boleć mnie gardło. Stres, duszna galeria i okres osłabiły mój organizm,. Ktoś przyszedł i nakichał i już byłam “załatwiona”. Nie ma co się dziwić, że odbiło się to też na stanie mojej cery i znowu ryczałam, że jestem brzydsza niż zwykle. Po każdym takim dziecinnym załamaniu mówię sobie dobra, to i tak nie ma sensu, te łzy, nie zamierzam się nikomu podobać, mogę być kurdę odpychająca bardziej niż jestem, przecież i tak nikt na mnie nie patrzy. W sobotę rano siedziałam ze swoim weekendowym nastrojem po tytułem “pozwólcie mi przesiedzieć cały dzień w domu w piżamie i udawać, że nie żyję”, a popołudniem wystroiłam się do wyjścia z myślą, że jak zwykle oszalałam. To nie pierwszy raz, kiedy przypisuję mojemu wyjściu z domu zbyt wielkie znaczenie. Gdy postanawiam spędzić czas inaczej, mam wrażenie, że może wydarzyć się wszystko, a potem wracam rozczarowana, bo nie zmienia się nic. Tym razem też nie wydarzyło się nic poza tym, że moje przeziębienie rozłożyło mnie całkiem i przez kilka dni snułam się “rozbita” z bólem gardła i głowy. Na szczęście nie ogłuchłam Może trochę oszukuję z tym nic, bo stało się znowu coś dziwnego. Po raz kolejny,wśród wielkiego tłumu, gdzie mogłabym wpaść na ciebie, wpadam na nią. I zawsze myślę, że powinieneś być przy jej boku, ale ciebie tam nie ma. A potem czuję się winna, że znalazłam się w tym samym miejscu. Przyjechałam pooglądać kolorowe miasto, a wróciłam do domu z myślą, że jestem w jakiejś chorej sytuacji, choć nie wiem, czy to prawda, czy tylko coś sobie wymyśliłam (znowu?). Nie zmienia to jednak tego, że im bardziej próbuję od tego uciec, tym szybciej mnie to goni, nawet we snach. Boże, moje życie nie może ograniczać się do stania i wpatrywania z coś, co nie ma sensu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz