Nie chcę iść sama na wesele i wszystko, co z tym związane, nagle urasta do problemu tak wielkiego, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Napisałam, że nie chcę iść sama, ale właściwie uważam, że pójście samej - jak zawsze - to najmniej bolesne rozwiązanie. Odejmuje połowę problemów, głównie organizacyjnych (?), które stanęłyby na przeszkodzie. W chwili obecnej na wesele idę ja i mama. Jeden z braci “ma to gdzieś”, za co pewnie ciocia obrazi się na niego śmiertelnie, natomiast drugi brat, jeśli zostanie przyjęty do szkoły, będzie w tym czasie na szkoleniu i siłą rzeczy nie pójdzie. W tej sytuacji odpadają obaj kierowcy. Oczywiście istnieje szansa, że brata da się namówić, aby pojawił się chociaż na ceremonii w kościele i będzie mógł robić za kierowcę, w obie strony. Oczywiście moja mama wierzy w to, że tak właśnie będzie, podczas gdy mnie doświadczenie nauczyło czegoś innego. Z dnia na dzień powie, że ma inne plany i zostawi nas na lodzie. Wyobrażacie sobie, że zapraszam kogoś, a potem mówię, no wiesz, miło byłoby, gdybyś ze mną poszedł, ale jest problem, musisz też nas zawieść. Nie, to sytuacja nie do przyjęcia. Nie wiem, może powinnam zbierać na taksówkę, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie muszę spać u rodziny i brać ze sobą walizkę, jakbym wyjeżdżała na tydzień, aby czuć się komfortowo, a do tego pakować towarzysza w taką niezręczną sytuację. A może pokój do wynajęcia? Pewnie pomyślicie, że niepotrzebnie martwię się na zapas, ale prawda jest taka, że nauczyło mnie tego doświadczenie. Z nami - moją rodziną nigdy nic nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo komu coś odwali. Wiem, nie da się wszystkiego przewidzieć i mieć nad wszystkim kontroli, ale rozczarowań należy spodziewać się zawsze. Mnie jednak nie martwi to wszystko tak bardzo jak bycie rozczarowaną samą sobą. Boję się, że zaproszenie kogokolwiek sprawi, że ten dzień będzie jeszcze trudniejszy do przejścia, patrząc na moje wszystkie fobie społeczne. Z drugiej strony, już kiedyś tu wspominałam, pójście samej też nie jest łatwe (bo zawsze byłam sama i wiem z czym to się wiąże), i nagle każda z opcji równa się dużej dawce stresu. Naprawdę chciałabym tylko spędzić ten wieczór miło, z kimś, przy kim nie będę musiała udawać kogoś, kim nie jestem. Muszę podjąć decyzję do końca czerwca, a im bliżej tego momentu, tym bardziej nie mogę się zdecydować. Nagle coś tak błahego spędza mi sen z powiek. Normalni ludzie w normalnym świecie mają znajomych, których mają ochotę zaprosić i tak właśnie robią - zapraszają, a do mnie dociera, że nie mam nikogo, kto chciałby ze mną pójść. Nawet ja nie wierzę w to, że można się ze mną dobrze bawić. Jedyna osoba, którą mogłabym zaprosić wywołuje we mnie tak skrajne emocje, że to jeden z powodów, dla których nie powinnam pytać… Prawda? Nawet jeśli potrafią zdystansować się do całej sytuacji, mam wrażenie, że mi już nic nie wolno. Może podświadomie boję się, że po raz kolejny moja propozycja zostanie odrzucona? Chciałabym tylko zapytać, ale nawet luźne niezobowiązujące pytanie wydaje się narzucaniem się. Czemu nie mogę mieć z nikim normalnej relacji? Czemu jestem winna temu, że zostałam sama? Nie mam w gronie znajomych ani jednej osoby płci przeciwnej, która lubiłaby mnie na tyle, aby utrzymywać ze mną regularny kontakt, przez co pytanie kogokolwiek o to, czy zechciałby ze mną pójść, wydaje się dziwne i nienaturalne. Pewnie dlatego, że sama nie jestem pewna, czy czułabym się w czyimś towarzystwie komfortowo. Martwię się, czy ktoś (a ktoś obcy tym bardziej) byłby w stanie zrozumieć, że nie mogę przebywać w głośnych miejscach, że nie jem dużo i nie piję wódki, nie potrafię tańczyć w parach (a raczej boję się bliskości w tańcu i wydaje mi się to niezręczne i naprawdę muszę kogoś lubić, żeby nie czuć się zażenowaną i zawstydzoną), nie potrafię prowadzić rozmów, a mimo to chcę, aby inni czuli się komfortowo w moim towarzystwie, przez co jeszcze bardziej czuję się dziwnie, gdy próbuję być kimś, kim powinnam być znajdując się w danej sytuacji. W moim obecnym stanie psychicznym powinnam pójść sama, ale biję się z myślami, bo nie chcę być znowu tą samotną dziewczyną “taka ładna a sama”, chyba oszaleję jak to usłyszę. Pójście z kimś to ochrona przed innymi. Jeśli sumienie mówi mi, że nie powinnam prosić tej jednej osoby, to zastanawiam się, czy chociaż nie prosić jej o namiary na któregoś kolegę. Tak, też nie wierzę, że jestem tak zdesperowana, aby moje życie wyglądało inaczej, że chcę wpakować się w sytuację, która unieszczęśliwia mnie naprawdę. Bo pójście z kimś obcym jest jeszcze gorsze niż pójście samej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz