Przytłacza mnie tak wiele rzeczy, że na różne, ogólnie nieudolne, sposoby próbuję się od nich uwolnić. Już chyba wszyscy bliscy wiedzą, co mnie najbardziej męczy i wszyscy jednym chórem okrzyknęli, że mam się odciąć, a mnie nie opuszcza jedna myśl, że każą odciąć mi się od czegoś co sprawia mi radość. Im dłużej o tym myślę, tym do większego przekonania dochodzę, że muszę rezygnować z rzeczy, które w moim przekonaniu dają mi radość, a w przekonaniu innych szkodzą mojemu psychicznemu zdrowiu lub są czasem zmarnowanym. Jeśli mam rezygnować z rzeczy, które dają mi poczucie radości - nawet złudne - to nie dziwię się, że jestem coraz bardziej nieszczęśliwa. Nie potrafię zrezygnować ze wszystkich rzeczy (jeszcze?), więc towarzyszy mi poczucie winy, że nie jestem zdolna do innego funkcjonowania. Marnuję czas na coś pozornie prawdziwego i obwiniam się za każde działanie wbrew sobie, które nie jest realnie działaniem wbrew sobie, jest działaniem wbrew wszystkim tym, którzy dobrze mi radzą (a wierzę, że naprawdę chcą mi pomóc), bo chcę im udowodnić, że się mylą, że rzeczywistość jest lepsza i nie jestem w tak przykrej sytuacji. Chciałabym odciąć się od tego, co mnie wewnętrznie zżera, ale w rzeczywistość, w której przyszło mi żyć, nie ma takiej możliwości. Nie potrafię się od tego odciąć, bo to wszędzie jest, więc muszę nauczyć się z tym żyć, a to o wiele trudniejsze. Trudno powiedzieć sobie, że jesteś kimś innym, lepszym, jeśli przez lata dręczy nas to samo poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie. Po tych latach obserwacji siebie dochodzę do wniosku, że mój mózg funkcjonuje według tych samych schematów i ostatecznie jestem po prostu zagubionym dzieckiem uwięzionym w dorosłym ciele, a tak bardzo nie chcę nim być, tak bardzo chcę realnej pomocy, ale jednocześnie nie wierzę już w nic. Może dlatego to nie działa, prawda? “Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą.” (Mt 7, 7-8) I proszę i kołaczę, a potem łapię się na tym, że nie robię naprawdę nic, że ciągle wydaje mi się, że to rozwiąże się samo, najszybciej moją śmiercią, nie samobójczą, że po prostu umrę młodo. Przez 15 lat nic nie zmieniło się w moim życiu; tylko ludzie, którzy byli gdzieś odeszli, a mi brakuje siły, bo za nimi kroczyć. Poza tym ciągle cierpię, bo nie potrafię odnaleźć się w rzeczywistości. Niestety przyznanie się do tego nie zmieni niczego. Niezależnie komu o tym powiem, nikt mi realnie nie pomoże. Nie chcę słów pocieszenia, bo one wcale nie pocieszają. Chcę uwolnić się od samej siebie, od tego poczucia winy, od tego wszystkiego, czemu mi nie wolno dla mojego dobra, od niewiary w siebie, do nienawiści do siebie, od przekonania, że to wszystko moja wina i że nie dam już rady. Nie chcę czuć fizycznego bólu, gdy wchodzę do pracy, nie chcę płakać, kiedy tęsknię za kimś kto ma mnie gdzieś choć miało być inaczej, nie chcę patrzeć w lustro i myśleć, że nie zniosę więcej życia w tym ciele i z takimi myślami. Nie chcę tego poczucia winy, gdy mam gorszy dzień, bo według innych powinnam być wdzięczna, sto razy, za wszystko co mam. Ale naprawdę nie mogę znieść życia, więc moje życie to tylko blokowanie siebie, żeby nie czuć, nie myśleć, zminimalizować ból do tego stopnia, żeby móc oszukać wszystkich, że radzę sobie fantastycznie. Pewnie każdy psycholog rozgryzł by mnie szybko i dlatego żaden nie zobaczy mnie na oczy. Bo takie podejście na pewno by mi nie pomogło. Kiedy myślę o tym wszystkim, to pewnie jedyną rzeczą, która mnie tu trzyma jest Bóg (i starach), którego istniania nikt nie jest stuprocentowo pewny, chyba że ktoś widział Jego twarz. Paradoksem jest jednak to, że moja wiara jest tak słaba, że boję się ją stracić i stracić przy tym siebie. Nic nie układa się w nic; wszystko to wielki bałagan i nie widzę żadnego wielkiego planu dla mnie, który kieruje moją rzeczywistością i ma mnie doprowadzić do pięknego końca. Wiem, bo nie potrafię współpracować z moim Aniołem Stróżem. Dobrze, że mam jeszcze tydzień urlopu. Mogę jeszcze “chorować”, a potem ten Anioł Stróż będzie musiał się nieźle namęczyć, żeby żadna krzywda mi się nie stała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz