Mój poprzedni wpis pełen żalu powstał głównie po to, aby zobaczyć, w jakim tonie zostanie utrzymany wpis dzisiejszy, już po całym wyjściu. Muszę was zaskoczyć, będzie on nawet pozytywny. Nie pamiętam, w jakim budziłam się nastroju, ale jak zwykle obudziłam się wcześnie rano, z myślą, że jest upalnie jak zapowiadali i nie wiem, czy wytrzymam w rajstopach. Najlepsze jest to, że międzyczasie wpadłam na pomysł, aby przykleić wejście do kamery, gdzie wkręca się mini statyw i pociapałam palce klejem. Stały się szorstkie i potem miałam problem z nałożeniem rajstop, bojac się, że je zaciągnę, do tego stopnia, że musiałam prosić mamę o pomoc. Czasu na wyszykowanie się było dużo, ale musieliśmy robić wszystko na ostatnią chwilę i to chyba cud, że nie myłam od nowa włosów na godzinę przed wyjściem. Ostatecznie wyszłam z domu zadowolona, z poczuciem, że pierwszy raz w życiu wyglądam trochę doroślej. Nasz kierowca miał klimatyzowany samochód, co przy takim upale było błogosławieństwem, zaś przekleństwem dla moich zatok, które przez płacz dzień wcześniej były osłabione. Pamiętajcie, leczcie się na zatoki, bo każdy płacz, każdy chłodny podmuch wiatru i każde zbyt zimne lody będą wam szkodzić. Mimo to przez dwa dni weselnych szaleństw głowa mnie nie rozbolała, a mogła, gdyby nie moje ziołowe tabletki usprawniające pracę zatok. Wiele osób narzeka na wesela, że to takie wiejskie zabawy i że disco polo i sama twierdzę, że nie lubię wesel, ale to nieprawda. Nie lubię być na weselach sama i nie mieć z kimś się bawić. Naprawdę uwielbiam cały ten obciach i podziwiam ludzi odważnych, którzy na parkiecie wywijają jak szaleni, a podczas weselnych zabaw nie mają oporów, aby narobić sobie trochę obciachu, dzięki czemu mam się z czego pośmiać, przez co sama bawię się lepiej. Mąż mojej siostry ciotecznej ma swój popisowy weselny numer, gdzie zbiera chłopaków i tańczą dla pana młodego. Powiedziała, że za każdym razem czuje to samo zażenowanie i na pewno nigdy nie nagra tych tańców połamańców, ale wiecie, to urocze widzieć, jak śmieje się widząc swojego męża w akcji, bo w sumie to rozrywkowy chłopak i dobrze rozkręca towarzystwo. Uwielbiam ludzi nieskrępowanych, pewnie dlatego że przez ostatnie zapomniałam jak to jest dobrze się bawić. Wiecie, kiedyś uwielbiałam tańczyć i miałam ku temu często okazję, a potem moje życie się rozjechało. Czasem tęsknię za wyjściami do głośnych miejsc, gdzie mogłam tańczyć całą noc. Teraz mogę co najwyżej poskakać do muzyki we własnym pokoju przez słuchu, który muszę oszczędzać. Ale chciałabym, aby ktoś zabrał mnie na taneczną imprezę plenerową, bo sama nie mogę pójść, muszę mieć ochronę. Może w następne lato, jeśli następne lato nadejdzie. Nie straciłam słuchu, choć orkiestra grała bardzo głośno, nie tylko na mój gust. Oczywiście miałam ze sobą zatyczki, które przypięłam na breloczku do paska od zegarka. Wszyscy wiedzą, że poszłam sama, ale przy naszym stole każdy bez obrączki był sam. Do tańczenia miałam sześcioletnią córkę mojej siostry ciotecznej i tańczyło mi się z nią lepiej niż tymi wszystkimi chłopakami i panami, którzy mieli odwagę poprosić mnie do tańca. Trochę głupio o tym pisać, ale zostałam obsypana komplementami. To nie pierwszy raz, gdy ktoś nieznajomy lub mało znajomy powiedział mi, że dobrze tańczę, ale to nieprawda. Może mam trochę poczucia rytmu i daję się prowadzić, nic wielkiego. Ale akurat w parze z małą to ja byłam “facetem” i dzięki temu uzyskałam miano ulubionej cioci. Nawet ostatni taniec przed powrotem do domu chciałam zatańczyć ze mną, porzucając towarzystwo taty, którego jeszcze kilka chwil trzymała za rękę. Powiedziałam jej jednak, że to z tatą powinna zatańczyć. Wiecie, jeden męski komplement nie był tak miły jak te wszystkie ciepłe słowa od dziecka (a jak wiemy z reguły dzieci są szczere). Byłam najlepszą i najpiękniejszą ciocią; usłyszałam, że miałam piękne sukienki w oba dni, miałam piękny makijaż i kolczyki. Byłam najlepszą partnerką na parkiecie, najlepszą powierniczką miłosnych przedszkolnych sekretów i najlepszą przytulanką. Byłam ukochana. A gdy ścisnęła mnie mocno pomyślałam, że będę zdrowsza przez to, że w końcu ktoś przytulił mnie tak długo. Naprawdę bawiłam się fantastycznie. Niestety muszę być sobą i napisać o rzeczach, o których może nie powinnam. Pierwsze “załamanie” miałam w samochodzie, a może i nie, nie wiem, ale nie chciałam tam jechać bez pary. Potem w kościele. Miałam deja vu; kiedyś już stałam w jednym kościele po prawej stronie, siedząc na postawione bokiem ławce bez oparcia, nawet w otoczeniu tych samych osób, i wyobrażałam sobie jak by to było, gdybyś znalazł się tam i Ty, kimkolwiek teraz jesteś. Nie wiem, skąd mi się to bierze, czemu projektuję na Ciebie wszystkie scenariusze i z niepokojem myślę o tym, że naprawdę pasowałbyś do tego pustego miejsca obok mnie. Nie powinnam żyć tym sentymentem, dokładnie o tym wiem, a jednak czasem nie mogę powstrzymać. Wiem, że z pośród tych wszystkich problemów, które mnie męczą, jesteś tam i Ty, choć określenie Cię jako problemu jest nie na miejscu. Przeraża mnie, że zawsze to będzie we mnie, a tak nie powinno być. Chciałabym zrobić coś z tym wszystkim, ale pokonuje mnie własna bezsilność i to milczenie, bo nie zależnie, co zrobię nie uzyskuję żadnej reakcji. A potem jest mi coraz bardziej głupio i uświadamiam sobie swoją niedojrzałość. Dużo osób pytało mnie, kiedy mój ślub, jakbym była najnormalniejszą dziewczyną na świecie. Mój wujek widząc jak wychodzę wystrojona z mieszkania, pół żartem pół serio oznajmił, że to niepojęte, aby taka dziewczyna jak ja się marnowała i tak nie może być. Nie przejmuję się takimi spostrzeżeniami, bardziej nie mogę nadziwić się temu, że ktoś realnie uważa mnie za osobę atrakcyjną, z którą można umówić się na randkę, a tym bardziej zakochać się z niej. Pójście z na kimś na niezobowiązującą randkę wydaje się łatwe, ale stworzenie z kimś życia, takiego prawdziwego, na dobre i na złe, Boże, to jest przerażająco piękne, ale tak nierealne w moim przekonaniu o sobie, że nie mogę tego nikomu zrobić. Bo to nie tylko moje przekonanie, że mam poważny problem ze swoim życiem, ale o tym wie niewiele osób. Ludzie patrzą na mnie i widzą jeszcze młodą dziewczyną, ale nie wiedzą jak obrzydliwe czasem miewam myśli. Najpierw muszę popracować nad sobą od podstaw, tymczasem jestem na etapie umierania co drugi dzień. Nikt nie jest w stanie wytrzymać długo z kimś, kto chodzi w ciemności. Obawiam się, że nie wystarczy mi życia, aby dorosnąć do roli czyjejś żony. W mojej głowie z tamtego dnia utkwiła jeszcze jedna sytuacja. Był to moment, gdy siostra mojej babci wzruszyła się na mój widok. To dziwne wiedzieć, że ktoś kogo prawie mnie znamy, ma zapisany nasz obraz w pamieć z przed lat, a potem widząc nas dorosłych i wyrośniętych nie może uwierzyć, ze to ta sama mała osoba, która kiedyś biegała u ich nóg. Pomyślałam wtedy, że w porównaniu z tymi załzawionymi oczami i ciepłym uściskiem, smutne jest wszystko to, czym się stałam przez ostatnie lata. I jak dobrze, że oni nie wiedzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz