Jak mam o tym wszystkim napisać, żeby nie zostało zrozumiane źle? Może nie napiszę nic. Może zostało napisane już wystarczająco, a słowa ostatecznie nie znaczą wiele, a może nie znaczą nic. Jak to się stało, że przeszliśmy od “no może w ogóle nie powinniśmy utrzymywać ze sobą kontaktu i widzieć się raz na rok” do spontanicznego spotkania? Jak to się stało, że miałam wrócić do umierania z bólu w czterech ścianach, a zgodziłam się na spotkanie, a nawet mam wrażenie, że trochę je zasugerowałam swoimi oczekiwaniami? Nie wiem, stało się, naprawdę możemy być znajomymi na zawsze, jak ci wszyscy moi znajomi, którzy są ze mną zawsze, we mnie, nawet gdy na nich nie patrzę. Może te kilkanaście lat temu było mi bez różnicy, czy jesteś, czy znikasz, na studiach walczyłam o przetrwanie, choć nie chodziło o same studia, ale o wszystko co działo się we mnie i dookoła mnie. Nieważne. Jesteśmy znajomymi, a jednak ciągle nie jestem pewna, czy to nie skończy się źle dla którejś ze stron. Mimo to ucieszyłam się, choć bałam się, że mogę wstać w najgorszym wypadku z zawrotami i mdłościami i będę musiała napisać “sorry, dzisiaj się nie spotkamy”. Jechałam szynobusem, bo miało być wygodniej, a okazało się, że byłam sardynką w puszcze. Naprawdę nielimitowana sprzedaż biletów na tej trasie w wakacje to największy błąd przewoźnika. Stałam w przejściu, obok siedzenia z nastolatkiem, którym całą podróż scrollował media społecznościowe. Trzymałam się barierki, a przez szybę moje plecy grzało słońce. Myślałam o tym, że powinnam wybrać inny kolor sukienki i że może powinnam zostać w domu tak jak mi doradziłeś, że może powinnam już nigdy nikogo nie zapraszać do swojego życia. Tymczasem zwrot akcji. Najzabawniejsze jest to, dla mnie najzabawniejsze, że naprawdę nie byłam pewna, czy Ty to Ty, gdy stałam na przejściu. Gdybym była, pomachałabym Ci już z oddali, tak aby wszyscy zobaczyli, że ktoś jeszcze na mnie czeka. I znowu skarciłam się w myślach, że nie przegadaliśmy wcześniej, jak mamy się witać i żegnać i sama nie wiem, czy chcesz mnie nie dotykać, czy wolisz trzymać dystans. Lato, każde lato jest dziwne, ale to letnie dni najbardziej pamiętam. Też jestem dziwna i pełna sprzeczności. Nawet taki spacer po mieście wydaje mi się trochę nienormalny. Patrzę na ludzi dookoła, na życie innych, na biegające głośne dzieci i ich spokojnych, lub nie, rodziców, na modnie ubrane nastolatki, na ich odważny krok i pewność siebie, patrzę na spieszących się gdzieś ludzi i siedzących spokojnie jedzących lody turystów; patrzę i czuję się oddzielona od tego wszystkiego, bo nie ma dla mnie miejsca w takim świecie, jeśli najpierw nie naprawię siebie, a wiemy, och, wszyscy to wiedzą, że mnie na to po prostu nie stać. Życie. To teraz będzie najciekawszy moment, bo przecież od kiedy noszę aparat ortodontyczny, jedzenie poza domem to dla mnie jeszcze większa udręka. Ty wiesz, a może nie, ale robię to dla Ciebie, choć nawet tego nie potrzebujesz, ale chcę mieć normalne relacje z osobami, które wiedzą o mnie trochę więcej niż przeciętny mieszkaniec tej okolicy, czyli więcej niż imię i nazwisko. Dobrze, że mnie nakarmiłeś, bo wiesz, “głodnych nakarmić, spragnionych napoić”. Rozbawiła mnie ta cała sytuacja, ale pozytywnie. Naprawdę nienawidzę siedzieć naprzeciwko kogoś i jeść, to ta część moich nieleczonych zaburzeń odżywiania, która zostanie we mnie na zawsze. I jeszcze te problemy ze zgryzem. To wszystko jest żałosne, a jednak na tyle zabawne, że potrafię śmiać się z siebie i swojej sytuacji. Nie chciałam się oceniać surowo. Jeśli zjemy ze sobą sto takich posiłków nic już nie będzie trudne, choć nie sądzę, że uda nam się tak długo ze sobą wytrzymać. Mam jednak nadzieję, że kiedyś to ja zabiorę Cię na obiad, bo będzie mnie na to stać. Albo upiekę Ci ciasto i przywiozę, ale porą mniej roztapiającą słodkie wypieki, chyba, że byłoby to ciasto drożdżowe. Lato. Grzaliśmy się na dachu galerii handlowej, my starzy, zmęczeni życiem ludzie, gdzie głównie otaczała nas młodzież. Nie napiszę, że chciałabym mieć znowu te naście lat, ani nawet dwadzieścia parę, bo nie chciałabym bez gwarancji tego, że byłabym kimś zupełnie innym. Nie leżałam nigdy z nikim na dachu i pewnie na długo zapamiętam to leniwe, słoneczne popołudnie. Wiesz, że nie mówię wszystkiego co mam na myśli; nie jestem w stanie mówić o pewnych rzeczach głośno, słyszeć swój własny głos w przestrzeni publicznej, ale czasem nie mam w głowie nic i to najlepszy moment, jaki może mi się przydarzyć. Mam w sobie spokój i pustkę, jestem tu i teraz, nie dręczy mnie parszywa przeszłość, która zrobiła ze mnie osobę niezdolną do wielu rzeczy, ani ponura wizja przyszłości oparta na przesłankach, leżę i jest mi dobrze, spokojnie, niebo jest błękitne, a demony uśpione. A potem pojawia się myśl, że nadejdzie kolejny dzień i trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa ze sobą samą, swym największym przeciwnikiem. Leżeliśmy. Nie chciałeś spać, a mogłabym wyciągnąć rękę w Twoją stronę i pogłaskać Cię po głowie jak własne dziecko. Wiem, nie chciałbyś być moim dzieckiem, a jednak tak mam, że chciałabym się troszczyć o swoich znajomych, choć ostatecznie nie potrafię zaopiekować się nawet sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz