Czekam na znaki życia z czterech stron świata, choć może nie tyle
czekam, a zastanawiam się, czemu myślę o czterech stronach świata.
Jakbym naprawdę wierzyła, że ktoś mi coś obiecał. Jednak realnie
oczekuję zakończenia się czegoś, co jeszcze nawet się nie zaczęło, a mam
tu na myśli sesję. Trochę głupio. Zawsze wypatruję końca zawczasu i
jestem zmęczona jeszcze przed wejściem do krainy zawieszenia.
Przygnębiam samą siebie swoim podejściem. Nic nowego. Mam za to
zaplanowane najbliższe cztery tygodnie, co nadaje pewien sens dniom i
napięcie oczekiwania, ale jednocześnie blokuje inne sfery bytowania. Jak
widać, z czasu sesyjnego nigdy nie wynika nic dobrego. Fakt, bywa, że
czasem się dobrze bawię; zwłaszcza panikując z innymi i snując teorie na
temat życia, gdy kolejka przed drzwiami się skraca. Cóż. Chyba jestem
jeszcze w lutowej sesji, a może lepiej napisać, że ona jest we mnie.
Zbyt dobrze zapamiętuję swoje największe porażki psychiczne. Ale nie
będę więcej wspominać, bo byłabym wstanie namalować słowami poetycki
obraz śmierci. Nikt by się nie wzruszył. Chwalić nie ma się czym. Szkoda
czasu. To był mój punkt kulminacyjny; obecne odniesienie wszystkiego.
Tyle. Tak naprawdę z sesją to miało niewiele wspólnego; po prostu była
po drodze. Nadal jestem zadziwiona umiejętnością szybkiego porządkowania
swoich wewnętrznych stanów i dystansowaniem się do informacji. Łatwo
kierować sobą, gdy wie się jak. Chyba mimo wszystko coś wygrałam. Na ten
moment tak. Dlatego marzy mi się spełnienie kilku małych obietnic.
Teraz sobie przypominam, że nie bez przyczyny uczę się cierpliwie
czekać. Zwróciłam się w cztery strony świata. Tym razem milczeniem nie
jestem ja. Dobrze. Zapomnę o kierunkach, jeśli zajdzie taka potrzeba;
jeśli świat uzna, że powinnam. Tymczasem jeszcze trochę mogę
przetrzymywać w głowie kilka nazw miast.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz