Nie lubię, gdy piosenki, filmy, przedmioty (cokolwiek) kojarzą mi się z
osobami, czy wycinkami z przeżytej już części życia. To denerwujące, gdy
nie możesz w spokoju posłuchać piosenki, nie przywołując przy tym
czegoś, o czym niekoniecznie chciałbyś pamiętać lub zwyczajnie
przyjemniej byłoby nie mieć odniesień. John Irving na myśl przywołuje mi
tylko jedną osobę. Po miesiącach zastanawiam się, czy nie potrafiłam
zrozumieć czegoś, co powinnam. Chciałabym, żeby tamta przeszłość nie
wróciła, lecz czasem mam wrażenie, że furtki są niedomknięte. Może ktoś
znów wleje we mnie fałszywe poczucie winy za życie, z którym nie miałam
nic wspólnego? Chyba od tamtego momentu pomyślałam, że to koniec mojego
życia w internetowym społeczeństwie. Nie potrafię umiejscowić miesięcy,
ale wiem, że jednak jakiś czas później (i po raz ostatni) ostro
zabawiłam się w internetowe znajomości. Nie wyszło mi to na zdrowie.
Chyba na serio chciałam siebie dobić. Obecnie mój limit życia w
społeczeństwie, fikcyjnym i realnym, w formie zaangażowanej, wyczerpał
się na najbliższe sto lat. Październik będzie bólem i nie dlatego, że
przebywanie w studenckiej społeczności jest niekorzystne, lubię naszą
wąską grupkę, a jednak zauważyłam, że moja umiejętność wydobywania z
siebie głosu osłabła przerażająco. Zanim wrócę do wprawy, o ile wrócę,
minie sporo czasu. Ciekawe, jak wyjdzie przyszłotygodniowy powrót panny,
która mieszkała za górami, za lasami i za morzami. Wystarczy, że jedna
po książkę przychodzi ponad miesiąc, choć myślę, że już dawno
zapomniałam o książce i zaakceptowała, że pragnę uschnąć w te wakacje.
Głupio mieć tą jedną myśl, że gdyby zamiast „nie” powiedziało się „tak”,
lato byłoby zupełnie czymś innym. Szkoda, że nie bawię się ludźmi i
ostrożnie podejmuję decyzje. Szkoda, że inni pewnie myślą, iż to oznaka,
że mam ich głęboko gdzieś. Nie martwice się, myślę dokładnie to samo,
jeśli odgradzacie mnie od siebie. Jestem wdzięczna E., że przebiła się
do mnie ze swoimi wakacyjnymi dniami, a P. za to, że dzieli się swoim
optymizmem, którego mi brak. Nie mogę też zapomnieć o V., która mnie
zaczepiła, choć miałam wrażenie, że przeszłość chce dać mi z liścia w
twarz. Reszta zostaje nie przemyślana; nie chcę rozbudzać w sobie
niepotrzebnego żalu. Nie to nie, I get it. Jeśli nadmiar myśli wykańcza, należy rezygnować z kontaktu ze źródłem wywołujący myślo-toki, prawda? Sorry, ludzie.
To żałosne, że od Johna Irivnga przeszłam do nieatrakcyjnych przemyśleń. Wróćmy jednak do pisarza, którego książkę wypożyczyłam w czwartek. „Hotel New Hampshire” (wystarczy wyraz „hotel’, by pomyśleć „E. pracuje w hotelu”). Rozdział pierwszy, o niedźwiedziu, od którego zaczęły się losy rodziny Barrych (i nie dlatego, że on był jej założycielem, choć powiedzmy, że maczał w tym palce), nie zachęcił mnie ani trochę. Późnym popołudniem czekałam na brata, siedząc na murku przed salonem Renault, skąd miał mnie odebrać, i czytałam. Nogi bolały mnie od nieustannego chodzenia przez pół dnia, słońce zwrócone było wprost w moją stronę, chłopak obok zajęty był czyszczeniem brukowych schodków (miło, że mnie nie przegonił), a hałasowi ruchliwej ulicy wtórowały samochody przejeżdżające tuż obok, bo za rogiem znajdowała się stacja paliw. Nawet ktoś usiadł obok mnie – poczułam intensywny zapach perfum, przez chwile myśląc, że to może mój brat, ale jednak wydało mi się to nielogiczne i przy odrobinie ostrożnej odwagi zlustrowałam wzrokiem chłopaka w białej koszulce; nieznajomy. Tak w niedogodnych warunkach (co by powiedzieli czytelnicy bibliotek) zaczęłam brnąć przez książkę, którą wypożyczyłam dwie godziny wcześniej. Przekręcałam kartki i myślałam, skoro Sara Quin dała radę, a do tego po lekturze postały dwie piosenki („Not tonight” oraz „Terrible Storm”), też wytrwam. Obecnie zakładka tkwi na 130 stronie z 544 i zaczyna się robić ciekawie, choć podejrzewam, że ostatecznie i tak dojdę do wniosku, że John Irving to jednak nie moja bajka. Już jedną książkę tego autora miałam w rękach. Skończyło się na: „nie, nie, nie mogę tego czytać, co to w ogóle jest, nudne i bez sensu.” Zwróciłam nie przeczytaną książkę do biblioteki, a zdarza mi się to raz na rok. Tymczasem daję kolejną szansę panu Irvingowi, choć tak naprawdę chcę się dowiedzie, który fragment książki był inspiracją do napisania piosenek.
To żałosne, że od Johna Irivnga przeszłam do nieatrakcyjnych przemyśleń. Wróćmy jednak do pisarza, którego książkę wypożyczyłam w czwartek. „Hotel New Hampshire” (wystarczy wyraz „hotel’, by pomyśleć „E. pracuje w hotelu”). Rozdział pierwszy, o niedźwiedziu, od którego zaczęły się losy rodziny Barrych (i nie dlatego, że on był jej założycielem, choć powiedzmy, że maczał w tym palce), nie zachęcił mnie ani trochę. Późnym popołudniem czekałam na brata, siedząc na murku przed salonem Renault, skąd miał mnie odebrać, i czytałam. Nogi bolały mnie od nieustannego chodzenia przez pół dnia, słońce zwrócone było wprost w moją stronę, chłopak obok zajęty był czyszczeniem brukowych schodków (miło, że mnie nie przegonił), a hałasowi ruchliwej ulicy wtórowały samochody przejeżdżające tuż obok, bo za rogiem znajdowała się stacja paliw. Nawet ktoś usiadł obok mnie – poczułam intensywny zapach perfum, przez chwile myśląc, że to może mój brat, ale jednak wydało mi się to nielogiczne i przy odrobinie ostrożnej odwagi zlustrowałam wzrokiem chłopaka w białej koszulce; nieznajomy. Tak w niedogodnych warunkach (co by powiedzieli czytelnicy bibliotek) zaczęłam brnąć przez książkę, którą wypożyczyłam dwie godziny wcześniej. Przekręcałam kartki i myślałam, skoro Sara Quin dała radę, a do tego po lekturze postały dwie piosenki („Not tonight” oraz „Terrible Storm”), też wytrwam. Obecnie zakładka tkwi na 130 stronie z 544 i zaczyna się robić ciekawie, choć podejrzewam, że ostatecznie i tak dojdę do wniosku, że John Irving to jednak nie moja bajka. Już jedną książkę tego autora miałam w rękach. Skończyło się na: „nie, nie, nie mogę tego czytać, co to w ogóle jest, nudne i bez sensu.” Zwróciłam nie przeczytaną książkę do biblioteki, a zdarza mi się to raz na rok. Tymczasem daję kolejną szansę panu Irvingowi, choć tak naprawdę chcę się dowiedzie, który fragment książki był inspiracją do napisania piosenek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz